Znani niezapomniani: Piotr Łapigrowski

Wysłano 5 Kwiecień, 2017 przez w kategorii Wiadomości

– Trzymaliśmy się mocną ekipą, w której jeden stał murem za drugim – mówi Piotr Łapigrowski, były wieloletni zawodnik Drutex-Bytovii. Tym wywiadem rozpoczynamy nową serię „Znani niezapomniani”, w której będziemy rozmawiać z osobami zasłużonymi dla naszego klubu.

Jesteś bardzo zajętym człowiekiem. Praca, treningi, mecze – nie tylko na trawie w GKS-ie Przodkowo, ale również na hali w Teamie Lębork. Masz w ogóle czas wolny?

Z czasem wolnym to jest słabo. Naprawdę słabo. Treningi na trawie są cztery do pięciu razy w tygodniu. Do tego dochodzi jeden trening na sali w ten wolny dzień. A w weekendy to same mecze.

Do Bytovii trafiłeś latem 2005 roku, po jej awansie do IV ligi. Wtedy po kilku tygodniach Twojego pobytu w Bytowie, w październiku 2005 roku trener Waldemar Walkusz w jednym z wywiadów powiedział: „Najlepsze wrażenie zrobił Piotr Łapigrowski. Niesamowicie waleczny zawodnik, mogący uderzyć prawą i lewą nogą”. Jak wspominasz początki w Drutex-Bytovii?

Muszę przyznać, że początki w Bytovii stały pod znakiem zapytania – czy trener się do mnie przekona, czy zdobędę jego uznanie, czy będzie chciał mieć mnie w zespole. Trener, z którym wcześniej nie miałem styczności. Udało się. Postępy były dopiero później. Może wypadłem wtedy w tym meczu dobrze. Przyjście do Bytovii to było moje najlepsze posuniecie w przygodzie z piłką.

Twój brat Łukasz również trafił swego czasu do Bytovii, ale nie poradził sobie tak dobrze jak Ty.

Tak. Chyba była wtedy jeszcze moja lekka namowa, żeby spróbował. Miał podobne walory piłkarskie, jak ja. Tylko że może nie wpasował się do szatni, pod względem charakteru i sposobu bycia. Dlatego był tak krótko. Mój brat ma ciężki charakter. Czasami jak miał być cicho, to nie był. Tak można to nazwać. Po prostu miał ciężki charakter. Nie zaakceptowała go drużyna, a wiadomo, że skoro nie zaakceptowała go drużyna, to również trener później z niego zrezygnował.

Po trzech latach w IV lidze były też trzy lata w III lidze i historyczny awans do II ligi zachodniej. Ostatni mecz sezonu 2010/11, kiedy mieliście już zapewniony awans, zagraliście w Policach. Padł wówczas remis 3:3. Zdobyłeś wtedy nawet bramkę wyrównującą, która dała Bytovii remis 3:3.

Tak, bardzo dobrze pamiętam tego gola. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, kto wtedy dośrodkowywał z narożnika. Ja nabiegłem na krótki róg i trafiłem. Standardowo głową po krótkim rogu.

Czy awans do II ligi to były Twoje najpiękniejsze chwile w sportowej karierze?

Awans i przygoda w Pucharze Polski. To były najpiękniejsze chwile. Powiedziałbym jednak, że całe osiem lat, które spędziłem w Bytowie, to było coś wspaniałego dla mnie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, kolegów, przyjaciół, z którymi do dzisiaj utrzymuje kontakt.

Jak pamiętasz tamten awans i ogólnie sezon 2010/11?

Kiedy go wspominam, to sięgam pamięcią nieco wcześniej, do sezonu 2009/10, gdy groził nam spadek. Teoretycznie spadliśmy, ale dzięki temu, że wycofał się Piast Choszczno, to ostatecznie się utrzymaliśmy. Można powiedzieć, że utrzymanie w III lidze wywalczyliśmy bocznymi drzwiami. Zespół po „spadku” był budowany chyba bardziej na IV ligę przez trenera Walkusza, ale okazało się, że był na tyle mocny, że udało nam się awansować.

Na wspomniany mecz do Polic pojechaliście autobusem FC Barcelony. Jakie to było uczucie usiąść w fotelach, w których siedzieli zawodnicy Blaugrany?

Uczucie było naprawdę nieziemskie. Zobaczyć jak to wygląda w świecie piłkarskim, czym tam się przemieszczają zawodnicy. Niesamowity komfort jazdy.

Wtedy materiał o tym, jak jechaliście do Polic, zrobiły nawet Fakty TVN-u.

Chyba było coś takiego. Tak. Bardziej sobie jednak przypominam tę naszą otoczkę niż to, co ktoś nagrywał. To było też przeżycie jechać takim autokarem. Nie było czuć tej jazdy do Polic, taki to był komfort.

Byliście wtedy zaskoczeni taką niespodzianką zarządu?

Tak, byliśmy bardzo zaskoczeni. Awans do II ligi był już wtedy praktycznie pewny. Zapewniliśmy go sobie po meczu w Stargardzie Szczecińskim, w którym akurat nie brałem udziału przez absencję za kartki.

Zostawmy może na chwilę sprawy ligowe i przejdźmy do pucharów. Dobrze radziliście sobie w I etapach Pucharu Polski w okręgu Pomorskiego ZPN-u. Trzykrotnie graliście w finale, a dwa razy wygraliście. Czy w niższych ligach stawiliście sobie za cel przed sezonem, aby wywalczyć awans do II etapu?

Nie, to był taki dodatek. Puchar to były dodatkowe mecze. Ale czy stawiliśmy sobie taki cel? Po prostu każdy z nas miał w tamtym czasie wielu znajomych w innych klubach i to tak fajnie było spotkać się w pucharze także z nimi, czy też zagrać mecze z ligą wyżej. Ale jako zawodnicy nie stawialiśmy sobie tego za cel.

Ale dwukrotnie Wam się jednak udało wygrać I etap i awansować do centralnego Pucharu Polski. W sezonie 2007/08 awansowaliście do 1/32 Pucharu Polski i zmierzyliście się z Polonią Warszawa. Była to zapowiedź Waszych możliwości i ambicji?

Czy naszych? Chyba bardziej ambicji trenera. Chyba wiedział, na co będzie nas stać w pucharach. Wiadomo, że te rządzą się swoimi prawami. Tam się troszkę inaczej gra. Zazwyczaj zespół, który nie jest typowany, że może zagrać gdzieś wyżej, coś osiągnąć, przechodzi dalej. Naszym atutem było przeważnie to, że wygrywaliśmy na własnym boisku. Jak byliśmy w IV lidze, to startowaliśmy w pucharze jako Bytovia II i wtedy praktycznie wszystkie zespoły mieliśmy u siebie. A u siebie na boisku, to byliśmy mocni w tamtym czasie.

Jednak to w sezonie 2009/10 święciliście największe triumfy w Pucharze Polski. Jakie dla Ciebie było to spotkanie w 1/16 finału PP z ekstraklasową wówczas Polonią Bytom, z którą wygraliście 2:1? Strzeliłeś wtedy gola, niektórzy nazwali Cię nawet „katem Polonii Bytom”.

Tak, pamiętam. Trafiłem gola na 1:0. Nawet wczoraj, wracając ze Środy Wielkopolskiej z meczu z Polonią, pokazywałem tę bramkę na YouTubie koledze z GKS-u Przodkowo i wspominałem, jak się kiedyś uderzało piłkę głową (w słupek – przyp. red.) i dobijało na dwa (do bramki – przy. red.). Także nawet wczoraj wspominałem ten mecz z Polonią Bytom i mówiłem, że wtedy to były czasy.

Wyeliminowanie Polonii było sensacją na całą Polskę. Do dzisiaj pamiętam tytuł na okładce Przeglądu Sportowego: „Mali też mogą być wielcy”. Faktycznie czuliście się wielcy po tym spotkaniu?

Tak. Muszę przyznać, że było to fajne jak gdzieś w internecie czy jakiej by się gazety nie wzięło, to zawsze nagłówki były o nas. Wszędzie można było o nas przeczytać, wszędzie ktoś o nas mówił. Ktoś się pytał, były gratulacje. Moim zdaniem z tym pucharem poza zwykłą ligą, to była chyba moja największa przygoda z piłką.

W końcu przyszła kolej na Wisłę Kraków. To było wielkie wydarzenie też dla samego Bytowa. Plakaty, bilbordy, ozdobione ulice, wierszyki, 5500 ludzi na stadionie i transmisja w telewizji. Wielka piłka zawitała do Bytowa. Onieśmielało to Was trochę jako piłkarzy?

Powiem, jak ja to odczuwałem. U mnie jest tak, że lekki stres jest do pierwszego gwizdka. Gdzieś się tam człowiek rozgląda, co się dzieje dookoła stadionu. Ale z pierwszym gwizdkiem wyłączam to, co dzieje się poza boiskiem. Był jakiś delikatny stres, taki dreszczyk emocji, bo było to transmitowane w telewizji, wszyscy to oglądają, znajomi na trybunach. Do dzisiaj śmieję się, że w tamtym czasie wójt gminy Cewice dostał odgórnie bilet plus szalik na ten mecz. Jednak nie oszukujmy się, piłką za bardzo się nie interesował (śmiech). Dopiero później dowiedziałem się, że zostało mu to wysłane.

Co najbardziej zapamiętałeś z tego meczu? Jakaś szczególna akcja?

Jeśli chodzi o szczególną akcję to, jeśli dobrze pamiętam, gdzieś na środku boiska odebrałem piłkę Mauro Cantoro i zacząłem uciekać, a on mnie za to ciął, że udało mi się go dosyć fajnie ograć. Wiadomo, że byli dużo lepsi piłkarsko, ale to jest taki jeden przykład z meczu. Może jeszcze ta początkowa sytuacja, kiedy miałem piłkę na głowie i uderzałem wzdłuż bramki. Coś mi tam świta, bo tak ze skrótów sobie przypomniałem. Od czasu do czasu sobie przeglądam. Do dzisiaj mam praktycznie całe mecze z Polonią Bytom i Wisłą Kraków na płycie.

Wisłą była wtedy ówczesnym mistrzem Polski, grali tam też reprezentanci kraju. Jak przygotowywaliście się do tego meczu? Była wiara, że mogliście na fali zwycięstwa z Polonią Bytom pokonać nawet mistrza Polski i awansować do ćwierćfinału?

To gdzieś w głowach było. Chcieliśmy dobrze wypaść, ale nie mieliśmy jakiegoś nacisku, że musimy. Zakładaliśmy, że każdy z nas zagra tak, jak będzie potrafił najlepiej. Co się uda ugrać wyżej, to będzie super, jeśli przegramy, byle nie za wysoko, to też nie będzie źle. Tam nie było jakiś specjalnych treningów czy czegoś podobnego. Wszystko to było na bazie normalnego rytmu. To był chyba ten okres, kiedy robiliśmy puchar, a słabo szło nam w lidze. To był ten sezon, w którym kosztem pucharów spadamy z ligi.

No właśnie sukcesy w Pucharze Polski okupiliście wysoką ceną. Utrzymaliście się tylko dlatego, że wycofał się Piast Choszczno.

No właśnie. Jednak co by nie mówić w meczach z rywalami na szczeblu centralnym każdy z nas starał się dawać z siebie 110% i to musiało się przekładać na ligę, grając trybem: środa, sobota. Czasami był taki natłok, że w ciągu miesiąca grało się sześć czy siedem meczów. Większość z nas jednak normalnie pracowała, piłka to było dodatkowe zajęcie. Pasja. To też się przełożyło. Puchary, dawanie z siebie 110%.

Trudno było pogodzić grę na dwóch frontach, czyli puchar i ligę?

Może nie trudno. Mieliśmy przykład, że dwa razy wygraliśmy w finale, raz graliśmy już na szczeblu centralnym z Polonią Warszawa. Jakoś tam szło. Wiadomo, że byli bardziej wymagający przeciwnicy w pucharze, a w lidze po prostu nie szło.

Ale wstydu w pucharze nie było. Wtedy 0:2 z ówczesną Wisłą Kraków dla Was to musiał być bardzo dobry wynik.

Żadna przegrana nie cieszy, ale z takim przeciwnikiem, jakim była wtedy Wisła Kraków, to żaden z nas nie miał sobie nic do zarzucenia, że zrobił coś nie tak, że ten mecz został przegrany. Każdy dał z siebie wszystko, a po prostu Wisła była mocniejsza od nas.

A co się zmieniło w kolejnych rozgrywkach, że po kiepskim sezonie 2009/10, kiedy prawie spadliście, w kolejnym sezonie awansowaliście do II ligi?

Zostało ściągniętych kilku zawodników, jak Jakub Gronowski, który miał zwiedzone kilka klubów. Zaczęło to fajnie wyglądać. Pierwszy mecz wygrany, kolejny wygrany, była atmosfera w szatni. Przynajmniej ja pamiętam, że za moich czasów była atmosfera w szatni, którą tworzyliśmy swego czasu w IV i III lidze z Arturem Kobiellą Maćkiem Maciejewskim, Tomkiem Ciersonem. To też była przyczyna. Była atmosfera w szatni, to na boisku też nam się łatwiej wszystkim grało.

Trener Waldemar Walkusz powiedział kiedyś w wywiadzie na naszej stronie: „Wtedy nie było pieniędzy, robiłem zawodnikom kanapki na wyjazdy, jak graliśmy w II lidze, tak żeby oni mogli zjeść”. Czy faktycznie było tak, że trener Walkusz robił Wam kanapki na mecze wyjazdowe, bo nie mieliście zagwarantowanego posiłku?

Nie pamiętam, w której to było lidze. Ale czy nie mieliśmy posiłku? Trener Walkusz zawsze gdzieś brał kanapki ze sobą i chłopakom, którzy dojeżdżali, a którzy nie mieli, to częstował. Tak się zdarzało. Ale czy do końca było tak, że nie było zapewnione, bo nie było pieniędzy? Myślę, że bardziej chodziło o te diety, które były ustalone z zarządem i może o to bardziej chodzi, że nie było pieniędzy. Posiłki zawsze były. Nie było tak, że nie było. Trener Walkusz ma taki charakter, taki był zawsze, że coś od siebie chciał dać. Narobił zawsze bułek i kto chciał, to częstował, z tym nie było problemu. Nawet się wręcz pytał, kto by chciał.

W sezonie 2012/13 po meczach z Chojniczanką (1:3) i MKS-em Kluczbork (0:4) sponsor wystosował specjalne oświadczenie, w którym możemy przeczytać m.in.: „jednakże na pewno wszyscy wierzymy, że piłka nożna jest tą dyscypliną sportu, która wymaga od zawodników zaangażowania, wytrwałości, wielkich umiejętności, ale przede wszystkim pasji i woli walki. Niestety ww. wystąpień naszego zespołu nie możemy utożsamiać z takimi wartościami, a w oczach zarówno sponsora, jak i kibiców, gra zespołu pozostawiała wiele do życzenia”. Dalej czytamy, że: „W związku z powyższym konieczne są zmiany w szeregach zespołu, które pomogą poprawić obecną sytuację, zaszczepić wartości, bez jakich futbol nie istnieje: honor, wytrwałość, zaangażowanie”. Czy nie były to słowa trochę na wyrost i niepotrzebne w tamtej sytuacji?

Myślę, że tak. Po przegranym meczu z Chojniczanką pojechaliśmy do Kluczborka, po tym wszystkim mecz też nam nie wyszedł. Przegraliśmy 0:4. To było niepotrzebne.

A jak w szatni odbieraliście to, kiedy sponsora zarzucił Wam brak zaangażowania, wytrwałości, umiejętności, pasji czy woli walki? Trudno było to zrozumieć?

Trochę tak. Inaczej jest, jak ktoś grał w piłkę, a inaczej jak ktoś nie grał. Ktoś, kto nie grał w piłkę, nie może zarzucać brak woli walki. Może w jego oczach widać brak walki, ale moim zdanie każdy walczył w tamtym czasie.

Zastanawiam się też czy brak zaangażowania, pasji i woli walki można zarzucić np. Michałowi Pietroniowi, który we wspominanym meczu z Chojniczanką boisko opuszczał w karetce…

Nie, tutaj akurat zdecydowanie nie.

Spodziewałeś się, że Ciebie dotkną te wspomniane „zmiany w szeregach zespołu”, bo w sezonie 2012/13 byłeś jednym z podstawowych zawodników Bytovii, a po sezonie opuściłeś zespół?

Muszę przyznać, że na ten temat nie chciałbym się w ogóle wypowiadać. Powiem może tylko tyle, że po prostu zarząd, z trenerem czy bez trenera, podjął taką, a nie inną decyzję. Nie wnikam, kto tego chciał.

Posadę zachował wtedy trener Walkusz, który jednak został zwolniony krótko po okresie przygotowawczym po pierwszej kolejce sezonu 2013/14. Czy byłeś zaskoczony taką decyzją, że trener Walkusz został jeszcze po tym wszystkim? Szczególnie po oświadczeniu?

Czy byłem zaskoczony? Nie. Chyba na ostatni mecz sezonu 2012/13 z Rybnikiem nie byłem powołany do kadry na to spotkanie. Z tego, co pamiętam, śledziłem relację z domu. Ale raczej nie byłem zaskoczony. Oświadczenie oświadczeniem, a co zrobi zarząd, to jednak samo wyszło. Okazało się, że jednak dał szansę trenerowi Walkuszowi.

Na cztery kolejki przed końcem sezonu 2012/13 byliście liderem II ligi zachodniej. Mieliście punkt przewagi nad Chojniczanką i dwa punkty przewagi nad Energetykiem ROW Rybnik. Czuliście, że stoicie przed szansą historycznego awansu na zaplecze ekstraklasy?

Tak. Była duża szansa. Każdy z nas chciał zrobić kolejny krok w swojej piłkarskiej przygodzie. Fajnie byłoby w CV mieć kolejny awans z tym klubem, święcić kolejny awans do wyższej ligi. Ale nie udało się. Przyszła zadyszka, zespołom takie się zdarzają. U nas przyszła w nieodpowiednim momencie. Do tego doszły kontuzje bodajże Michała Pietronia i Łukasza Wróbla. Przegrany mecz derbowy z Chojniczanką. Tyle.

W ostatnich czterech meczach zdobyliście zaledwie jeden punkty i zajęliście ostatecznie 3. miejsce w tabeli. Duże było rozczarowanie po tym, jak nie udało się Wam wywalczyć awansu?

Było bardzo duże rozczarowanie. To w nas siedziało, że praktycznie mieliśmy w ręku awans. Prawie cały sezon okupowaliśmy miejsce lidera, ewentualnie czasami pierwszą trójkę i w ostatnich kolejkach to wypuścić z ręki, to każdego będzie bolało.

Jak oceniłbyś ośmioletnią współpracę z trenerem Waldemarem Walkuszem?

Moją współpracę oceniam jako bardzo dobrą. Co tu więcej mówić? Przez te osiem lat zrobił ze mnie takiego piłkarza, jakim byłem w Bytowie. Dał mi szansę, kiedy przychodziłem do Bytovii, będąc napastnikiem. Stwierdził później, że nadaje się na środkowego pomocnika. Przez dłuższy czas grałem na środku pomocy. Później jeszcze na stoperze. Tej współpracy dużo zawdzięczam. Będę ją bardzo dobrze wspominał. Do dzisiaj powtarzam, że to było najlepsze osiem lat w mojej przygodzie z piłką.

Trener Walkusz organizował również coś takiego jak  Bytowskie Piłkarskie Oskary. Ty np. w 2009 roku zdobyłeś statuetkę dla najlepszego zawodnika. Twoim zdaniem było to dobre przedsięwzięcie, do którego warto byłoby dzisiaj wrócić?

To zależy. Trener Walkusz przez Bytowskie Oskary wprowadził coś fajnego, coś innego. Wiązało się to z jakimś spotkaniem z naszymi partnerkami, żonami, dziewczynami. Miał na to dobry pomysł. To było naprawdę fajne, dobrze to wyglądało. Każdy z nas może nie czekał, ale na pewno wspominał, że „niedługo będą te Waldemary”, jak to się później nazwało. Ale czy to teraz powinno wrócić w Bytowie? Nie wiem, co to by zmieniło?

Może taka impreza scalała szatnie i poprawiała w niej atmosferę?

Zdecydowanie. W tamtym czasie u nas to taka impreza scalała. Nasza szatnia, większa grupa ludzi cały czas się trzymała. Jeśli chodzi o atmosferę, to było dobre.

Po ośmiu latach w Bytovii pół roku spędziłeś w Kaszubii Kościerzyna, a następnie wróciłeś do Pogoni Lębork, z której trafiłeś do Bytowa. Dlaczego w Lęborku spędziłeś tylko pół roku?

Spędziłem pół roku w Lęborku, bo bodajże po sezonie, po rozmowie z zarządem Pogoni zadałem pytanie prezesowi: czy klub będzie grał o coś więcej? Padła odpowiedź, że nie. To stwierdziłem, że jeszcze nie jestem na tyle wiekowym zawodnikiem, że jeszcze jestem w stanie pograć wyżej. Chyba miałem już wtedy propozycję z Przodkowa, ale stwierdziłem, że jak Pogoń, klub, z którego wypłynąłem, będzie grał o coś więcej, to zostanę. Nie chcieli. To od razu powiedziałem prezesowi, że mam propozycję z III ligi i odchodzę, bo nie chcę już grać o nic. To jeszcze nie ten czas, żeby pograć dla zabawy. Jeszcze coś trzeba robić, żeby starać się coś wpisać do swojego piłkarskiego CV.

Z Pogonią wiąże Cię nawet data urodzenia. Masz urodziny tego samego dnia (4 lipca – przyp. red.), kiedy w 1945 roku założono Pogoń Lębork. Planujesz jeszcze wrócić na stare śmieci?

Na stare śmieci to musiałbym wrócić do Leśnika Cewice, z którego się wywodzę, skąd trafiłem do Pogoni. Ale tutaj? Jeśli byłaby taka możliwość i klub będzie chciał, to właściwie czemu nie.

A trener Walkusz, który obecnie trenuje Pogoń Lębork, namawia Cię czasami do powrotu?

Były rozmowy na ten temat, jeszcze jak Pogoń była w IV lidze, ale jakoś to nie doszło do skutku.

Z niektórymi zawodnikami z Bytovii masz jeszcze kontakt. W Teamie Lębork grasz z Wojciechem Piętą i Michałem Pietrzykiem, wcześniej grałeś w GKS-ie Przodkowo z m.in. Jakubem Gronowski czy Mateuszem Kołodziejskim. Poza nimi utrzymujesz kontakt z kimś z dawnych kolegów z Bytovii?

Tak, z Tomek Ciersonem, Tomkiem Mielewczykiem, Arturem Kobiellą, Romkiem Cechem, Rysiu Mądzelewski. Może nie są to takie kontakty jak kiedyś, ale od czasu do czasu się zdzwonimy. Teraz Rysiu chyba pod szyldem Bytovii organizuje oldboye. Często dzwoni, zaprasza, czy mógłbym, ale mi to zazwyczaj nie pasuje z terminami gry na trawie, bądź teraz na hali. Trochę jest mi szkoda, że nie mogę z nimi pograć na tę chwilę w oldboyach, ale myślę, że to jest kwestia czasu, kiedy będę mógł bez problemu dalej z nimi właśnie w taki sposób spędzać czas.

Śledzisz wyniki Drutex-Bytovii? Bywasz czasami na meczach?

Na meczach bywać za bardzo nie mogę, bo bardzo dużo spotkań pokrywa się z moimi meczami. Troszeczkę dziwnie by było, gdybym nie pojechał na swój mecz, a pojechał na mecz Bytovii. Wyniki śledzę. Może z racji tego, że już coraz mniej moich kolegów gra w Bytovii, z moich czasów został chyba tylko Mateusz Oszmaniec i Łukasz Wróbel, to z nieco mniejszym zaciekawieniem na to spoglądam. Patrzę czy są w składzie, czy grali i jak grali, jak np. są pomeczowe oceny, to zazwyczaj ich szukam. Nie oszukujmy się, na resztę zawodników to tylko gdzieś rzucę okiem. To jednak sentyment do całego klubu i jeszcze do kolegów. Na bieżąco śledzę wyniki.

Ostatnio szansę poprowadzenia Bytovii dostał Adrian Stawski, trener, z którym współpracowałeś przez 2,5 roku w Bytowie. Jakbyś go ocenił? Myślisz, że poradzi on sobie w tym klubie jako pierwszy trener?

Nie chciałbym go oceniać. Nie jestem trenerem. A czy sobie poradzi? Nabrał trochę doświadczenia przy tych kilku trenerach, którzy byli w Bytovii, także cieszę się z tego, że dostał szansę poprowadzenia zespołu. A czy sobie poradzi, to czas pokaże.

Co powiedziałbyś o obecnej sytuacji Bytovii, bo wygląda to coraz gorzej nawet pod względem miejsca w tabeli?

Bardzo słabo to wygląda. Przedostatni ma do nich dwa punkty straty. Pętla jest już powoli zaciskana na szyi. Po prostu nie idzie, coś jest nie tak.

Miałeś okazję zagrać przeciwko Drutex-Bytovii. Jakie to jest uczucie zagrać przeciwko byłemu klubowi, w którym spędziłeś aż osiem lat?

Fajne. Wspominam ten sparing w Mściszewicach (19 lipca 2016 roku – przyp. red.), kiedy na bramce stał Mateusz Oszmaniec i grał też Łukasz Wróbel. Fajnie było. Na taki mecz też się wychodzi i trzeba siebie i chłopaków zmobilizować, że: „Nie damy się!”.

Poza graniem na trawie występujesz też na hali w Teamie Lębork, który jest beniaminkiem I ligi futsalu. Co sprawia większą frajdę, przyjemność, granie na hali czy trawie?

Przyjemność sprawia mi po prostu granie w piłkę. Każdy rodzaj, czy to na trawie, czy na hali. Przoduje jednak trawa. Więcej czasu spędza się jednak na boisku trawiastym. Chodzi o liczbę miesięcy. Liga halowa to głównie zima, a jednak trawa to trawa. Praktycznie cały rok się na niej gra i to mnie bardziej interesuje. I liga futsalu to fajny pomysł. Dwóch Wojtków na to wpadło. Prezesem jest Wojciech Jabłonowski, który pochodzi z Bytowa, jeździ na mecze. Wpadł na pomysł, żeby wystąpić w II lidze z szansą na awans. Udało się awansować. Pierwszy sezon to wiadomo, że nie ma finansów. Nie bardzo możemy trenować trenować więcej niż raz w tygodniu. To też nie wszystkim pasuje, bo praca, jakiś inny trening i do tego przychodzi mecz. Sami jesteśmy zaskoczeni, przynajmniej ja jestem zaskoczony, że po tylu kolejkach mamy 4. miejsce.

Do Bytovii przychodziłeś, mając 24 lata, odchodziłeś jako 32-latek. Jaka była Twoja najbardziej pamiętna chwila przez te osiem lat w Bytowie?

Najbardziej pamiętam Puchar Polski. Mecz z Bałtykiem Gdynia, wygrany 1:0, w Bałtyku chyba grał wtedy Wojtek Pięta. Pojechaliśmy na rewanż do Gdyni. Była ciepła niedziela. W tym meczu nie najlepiej się czułem. Pamiętam słowa Tomka Ciersona, powiedział: „Łapa, ty za nas zapierniczasz cały rok, to my dzisiaj będziemy zapierniczać za ciebie”. To mi tak utkwiło w głowie. Często nawet jak się gdzieś spotykaliśmy, to właśnie o tym Tomkowi wspominałem. To zostanie do końca życia w mojej pamięci, jako coś fajnego. Coś, co może nie wiąże się bezpośrednio z piłką, jakimś celem, to jest jednak to właśnie.

Mieliście chyba bardzo dobrą atmosferę i równie dobre relacje w szatni, bo wszyscy byliście z pobliża, z pobliskich miejscowości?

Tak było. Wielu było z okolic, każdemu zależało na wyniku. Nie wiem, jak to wygląda teraz. Czy zawodnikom zależy, czy nie. Wtedy było tak, że każdy chciał wygrać dla klubu. Nie było tak, żeby wyjść, odbębnić 90 minut, dobrze, dziękuję, na razie.

Czyli można powiedzieć, że wtedy mieliście Bytovię w sercu?

Tak. Wtedy tak to wyglądało. Trzymaliśmy się mocną ekipą, w której jeden stał murem za drugim. Graliśmy dla wyniku, nie dla jakichś korzyści, czy czegoś podobnego.

Kiedy graliście w pucharach, to trudno było Wam łączyć treningi, pracę, grę na kilku frontach w lidze i w pucharze. Kiedy w ogóle znajdowaliście czas na treningi? Jak osiągaliście takie sukcesy?

To chyba szło, jak to się mówi z automatu. Wtedy większość z nas była w takim wieku, że takiego zmęczenia się nie odczuwało, jak teraz. Wiadomo praca, później trening, potem mecz i tak w kółko od poniedziałku do soboty. Później przyszła II liga, to zmęczenie też gdzieś tam było. Wszystko zależało od tego, jak ktoś do czegoś podejdzie.

A tak z perspektywy lat, to żałujesz, że nie zagrałeś w I lidze?

Tak. Zawsze jak byliśmy blisko, to mówiłem: będzie szansa, że zagram. Nie udało się. Trudno się mówi. Nie będziemy płakać nad rozlanym mlekiem. Jeszcze gram w piłkę, czyli jestem jeszcze w stanie to osiągnąć (śmiech).

Jakie plany ma Piotr Łapigrowski na najbliższe lata i ile jeszcze będzie grał w piłkę?

Wychodzę z założenia, że jestem jak wino – im starszy, tym lepszy. Będę grał tak długo, jak mi pozwoli przede wszystkim zdrowie. Później to zajmę się czymś przy piłce. Może trenerką, może zrobię papiery na trenera. Ale ja bym się chyba nie nadawał (śmiech).

Bodajże Twój syn również trenuje piłkę nożną w akademii tutaj w Lęborku?

Tak, dwóch synów, 10-letnich bliźniaków. Trenują w Akademii Piłkarskiej Diego Lębork, której założycielami są Wojtek Pięta i Michał Pietrzyk. Są tam, grają. Chciałbym, żeby młodszy od swojego brata o 5 min – Dawid, osiągnął coś więcej niż ja.

Czyli wierzysz, że pójdzie w ślady ojca, ale osiągnie więcej?

To, że idzie w ślady ojca, to jest już widać. Chciałbym i dużo będę wkładał w to starań, by zagrał wyżej niż ja. Tylko czy on będzie tego chciał, to czas pokaże.

Krystian Błank
Krystian Błank
A u t o r
Zastępca redaktora naczelnego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *