Znani niezapomniani: Roman Cech

Wysłano 12 Wrzesień, 2017 przez w kategorii Wiadomości

– Naprawdę nie spodziewałem się, że tak dużo ludzi w Bytowie mnie rozpoznaje. To jest bardzo miłe. Jak przyjeżdżam tutaj ze znajomymi, to pytają mnie: „Co ty tutaj takiego zrobiłeś?” – mówi legendarny napastnik naszego zespołu Roman Cech. Zapraszamy na drugi odcinek z serii „Znani niezapomniani”.

Walczak, którego piłka szukała w polu karnym. Chyba nie skłamię, jeśli powiem, że takim właśnie byłeś piłkarzem?

Prawda, nie skłamałbyś. Można powiedzieć, że byłem takim lisem pola karnego. Każdy piłkarz musi mieć trochę umiejętności i trochę szczęścia. Takie szczęście mi dopisywało, bo nieraz tam gdzie stałem, tam spadała piłka. Trzeba było też dobrze się ustawić. To było takie piłkarskie szczęście, ale nie wszyscy to posiadają, a ci, którzy to mają, to strzelają dużo bramek.

Zanim przyszedłeś do Bytovii, grałeś w trzecioligowych Gryfie Słupsk i Pogoni Lębork. Czego nauczyłeś się na tym poziome rozgrywkowym i w tych klubach?

Bardzo dużo. Przyszedłem z małego klubu, z małymi tradycjami do Gryfa Słupsk. Tam nauczyłem się taktyki od trenera Tadeusza Wanata, który prowadził mnie w Gryfie. Wcześniej po prostu nie wiedziałem jak się taktycznie gra na boisku. W Skotawaii [Dębnica Kaszubska – przyp. red.] graliśmy jednym stylem, jednym ustawieniem i po prostu tego nie zmienialiśmy. W Gryfie nauczyłem się taktycznie poruszać po boisku, ze schodzeniem do środka, z zamianą pozycji z obrońcami. Kiedy zostawałem w obronie, to obrońca szedł na moją pozycję. Tego nauczyłem się w Gryfie. Natomiast w Pogoni nauczyłem się gry zespołowej. Tam najważniejszy był zespół. To i walka było dla nas najważniejsze. Gryf Słupsk był bardziej zespołem technicznym, a Pogoń była bardziej nastawiona na walkę, przy czym niektórzy piłkarze byli wyśmienicie wyszkoleni technicznie m.in. Siergiej Miasnikow czy pochodzący stąd Wojtek Pięta i wielu innych zawodników. Uważam, że te zespoły zasługiwały wtedy, aby grać przynajmniej w II lidze.

Grając w Pogoni Twoim kolegą z boiska był Waldemar Walkusz. Jak wspominasz go jako piłkarza?

Znam go w dwóch osobowościach. Najpierw poznałem go jako piłkarza. Był wyśmienitym piłkarzem. To był kapitan i duch zespołu. Bardzo nas motywował. My poszlibyśmy za nim w ogień. To on pierwszy dawał sygnał do walki, do ataku. To był prawdziwy kapitan na boisku.

Do Bytowa trafiłeś już jako ukształtowany zawodnik, miałeś niespełna 31 lat. Czy kiedy trafiałeś do Bytovii, to spodziewałeś się, że spędzisz w niej aż tak spory kawałek swojej kariery i napiszesz tak piękną historię dla tego klubu?

Jako młody chłopak grając w juniorach czy później w seniorach często miałem okazję grać z zespołem z Bytowa. Zawsze podobał mi się klimat w Bytowie, czyli podejście chłopaków do gry, kibice. Nie ukrywam, że urodziłem się w Bytowie. Wychowałem się niedaleko w Jasieniu. Także Bytów nie był mi obcy. Ludzie patrzyli na wiek, gdy tutaj przychodziłem. Ja nie, bo czułem się jak młody zawodnik. Ja tego nie liczyłem. Nawet nie wiedziałem, że mam 31 lat (śmiech). Pewnych meczów się nie zapomni. Nawet jak awansowaliśmy do IV ligi, to pamiętam pierwszy mecz z Dzierzgoniem. Było 2:1. Wywalczyłem rzut karny i strzeliłem bramkę. Później szliśmy wyżej. Jeśli chodzi o pucharowe sukcesy, to zostanie mi to w pamięci do końca życia. Tych chwil w Bytowie nie zamieniłbym na żaden inny klub.

Wspominasz, że w Bytowie był fajny klimat do gry w piłkę, ale co było takim głównym przyczynkiem do tego, że tutaj przyszedłeś?

Rozpadał się klub w Lęborku. Pomyślałem: kurczę, po co grać gdzieś po tych boiskach, skoro tu jest piękny stadion, spróbuję w Bytowie. Zadzwoniłem do mojego kolegi Rysia [Mądzelewskiego – przyp. red.], on mnie do tego jeszcze bardziej przekonał i umówił na spotkanie z prezesami. Tak to przy pomocy Ryśka trafiłem do Bytowa.

W dwóch pierwszych sezonach Twojej gry w Bytovii nie udało się Wam wywalczyć awansu do IV ligi, mimo że dwukrotnie byliście bardzo blisko zajęcia 2. miejsca i gry w barażach. W sezonie 2002/03 lepsza o punkt okazała się Sparta Sycewice, natomiast w kolejnym również o punkt lepsza była Brda Przechlewo. Bardzo żałowaliście w tamtym momencie, że nie udało się Wam awansować?

My jako zawodnicy na pewno czuliśmy żal, ale gdy spotkaliśmy się po sezonie, usiedliśmy przy grillu i zaczęliśmy rozmawiać, to bardzo szybko zaczęliśmy się motywować. Mówiliśmy sobie: „Nic się nie stało chłopcy, trudno, to jest tylko piłka. Chcieliśmy, nie wyszło, musimy spróbować w nowym sezonie”. Nie wyszło nam dwukrotnie. Nie chcę nikogo obwiniać. Czy to była nasza wina, czy to była wina trenerów. Byliśmy wtedy razem, i trener i drużyną są zawsze razem, i razem nam się nie udało. Była to nasza wina, bo przegraliśmy zasadnicze spotkania z zespołami, które awansowały. Przegraliśmy u siebie z Przechlewem i ze Spartą Sycewice.

W czerwcu 2004 roku właśnie w spotkaniu z Brdą Przechlewo (0:2) nasz bramkarz Grzegorz Zieliński popełnił fatalny błąd, który zaważył, że nie awansowaliście do IV ligi. Mieliście jakieś zarzuty do bramkarza, że to przez niego nie awansowaliście?

Ja nie miałem. Pamiętam, że wtedy Tomek Mielewczyk był strasznie rozgoryczony tą porażką. Chyba bardzo długo dochodził do siebie. Nie mógł przeżyć tej porażki jako zawodnik. Miał duże pretensje do działaczy i prezesów, że ściągnęli Grzegorza, a nie bronił nasz bramkarz z stąd, czyli Dawid [Misiura – przyp. red.]. A Grzesiek po prostu w tym meczu, o awans zawalił. Jesteśmy tylko ludźmi i każdemu zdarzają się błędy. Nie sądzę, że Grzesiek zrobił to specjalnie. Później na spokojnie z nim porozmawialiśmy. No cóż zdarzyło się, nie takiemu bramkarzowi podobne błędy się zdarzały. Ten kosztował nas tyle, że nie awansowaliśmy wyżej, choć może wyszło nam to na dobrze, bo za rok się udało, a wiadomo kto przyszedł i kto to pociągnął do góry.

Mimo że nie osiągnęliście sukcesu jako drużyna, to dla Ciebie dwa pierwsze sezony w Bytowie były bardzo udane. Zdobyłeś aż 42 bramki, co było około 1/4 dorobku bramkowego Bytovii z tych dwóch sezonów.

Nauczono mnie, że gdy wychodzę na boisko, to staram się dać z siebie 110%. Nieważne czy gramy o awans, czy o coś innego. Do każdego meczu podchodzę tak samo. Tak mnie nauczył w Gryfie dobry piłkarz i trener Marek Godlewski. Trening trzeba traktować, jak mecz. Nie można odpuścić na treningu, a na meczu musisz dać z siebie jeszcze dwa razy więcej. Wtedy wyjdzie ci te 110%. Nie patrzyłem z kim gramy. Mieliśmy bardzo dobry zespół. Nie wiem dlaczego wtedy nie awansowaliśmy. Sami się zastanawialiśmy. Mieliśmy wspaniałych piłkarzy. Przecież Kamil Chojnacki był ze mną w ataku i też miał dużo strzelonych bramek. Mieliśmy chyba najwięcej zdobytych goli [102 bramki w sezonie 2003/04 – przyp. red.]. Czegoś jednak zabrakło. Coś było nie tak w zespole, my o tym nie wiedzieliśmy. Nie udało nam się, trudno.

W tamtych czasach piłka nożna była raczej hobby niż źródłem utrzymania. Dlatego warto zaznaczyć, że osiągnąłeś taki wynik, mimo że co roku zaliczałeś kilkutygodniowe wyjazdy do pracy za granicę.

Dokładnie. Mówimy o strzelonych bramkach, a mnie przez co najmniej trzy czy cztery mecze nie było w każdej rundzie, bo wyjeżdżałem do Włoch do pracy. Taki wtedy miałem układ z trenerem. Tak jak powiedziałeś: traktowaliśmy to jak hobby. Myślę, że dlatego też to tak fajnie wyglądało. Spotkaliśmy w Bytowie wielu wspaniałych ludzi, z którymi często rozmawialiśmy na mieście. Dlatego też to tak fajnie wyglądało jeśli chodzi o kibicowanie.

W sezonie 2004/05 zespół przejął twój dawny kolega z boiska Waldemar Walkusz. Jak układała Ci się z nim współpraca? Czy dawna znajomość pomogła w kontaktach z trenerem?

Bardzo mi pomogła. Znałem już metody, jakie Waldek miał w Lęborku i miałem nadzieję, że takie też wprowadzi w Bytowie. Nie pomyliłem się. Robił to samo co w Lęborku, kiedy osiągał sukcesy. Sprowadził dobrych zawodników, gdzie od razu przyniosło to efekt. Jeździliśmy na obozy. Tu już zaczęło się traktowanie tego nie wyłącznie jako hobby, ale jako takie półzawodowstwo. Zmieniło się podejście. Waldek naprawdę potrafił nas zmotywować. Pokazał nam o co w futbolu chodzi, do czego możemy dojść. Pokazał chłopakom stąd, bo wtedy prawie wszyscy byli z Bytowa, jak daleko można zajść. Nikt nie wierzył w to, że będziemy grali z Polonią Warszawa czy Wisłą Kraków, a tu trener pokazał, że można. Ściągnął tu chłopaków, którzy kiedy ja już zakończyłem karierę grali w II lidze. Zawsze mówiłem, gdy ściągał Oszmańca, że chłopak będzie grał w ekstraklasie. Dużo się nie pomyliłem. Znowu wrócił do bramki i broni w I lidze. Już wtedy, jak przychodził do Bytovii był rewelacją sezonu. Było też paru innych zawodników, którzy później grali w II lidze: Krzysiu Bryndal, Piotrek Łapigrowski, Tomek Cierson, Ciemny [Tomasz Ciemniewski – przyp. red.] i pewnie jeszcze paru powinienem wymienić. Waldek pokazał tym zawodnikom co można osiągnąć w piłce nożnej.

Trener Waldemar Walkusz znany był z żywiołowych reakcji przy linii bocznej. Często”żył” meczami na ławce rezerwowych. A jak Was motywował przed spotkaniami trener Walkusz?

To potrafił robić. Jego mocną stroną było motywowanie. Wiadomo, że nie każdy zawodnik lubi, jak trener z boku krzyczy. Pamiętam Zbyszka Oblizajka. Trener mówił, że to jest wzór, bo gdy krzyczał na Zbyszka, to on tylko pod nosem mruczał: „weź trener przestań”, czy coś podobnego. Nawet nie ruszał ustami. Natomiast inni zawodnicy reagowali inaczej np. gestykulując do trenera, a tak nie powinno być. Trener jest trenerem. Taki był Waldek. Wydaje mi się, że on taki jaki był na boisku, takim był trenerem z boku. Na boisku oddawał serce, walczył, krzyczał, a gdy już nie był na boisku, bo nie mógł być z powodu wieku, będąc trenerem reagował tak jakby na nim był. Najchętniej to wszedłby na boisko i wykosił trzech zawodników, żeby nie było straty i nie poszła jakaś kontra. Po prostu tak „żył” meczem, tak reagował. Niektórych zawodników to motywowało, na niektórych może to działało w drugą stronę. Mnie to nie przeszkadzało, że Waldek tak reagował i krzyczał.

Pod wodzą nowego trener w końcu wywalczyliście awans do IV ligi, zdobywając aż 82 punkty, czyli najwięcej w historii słupskiej klasy okręgowej. Jak wspominasz tamten sezon, bo byłeś jedną z wiodących postaci w zespole?

Wtedy poszło nam wyśmienicie. Tak jak mówił Waldek: „Skończyły się żarty. Każdy mecz obojętnie z kim, czy to będą Błękitni Motarzyno, czy inny zespół, to jedziemy i dajemy z siebie 100%”. Mieliśmy nieraz trudne mecze, ale mieliśmy wtedy wspaniałych zawodników. Naprawdę dobrze graliśmy i to było widać na boisku. Było też to widać po kibicach. Ludzie nam zaufali, przychodzili na mecze i kibicowali. Dla nich my, zawodnicy występowaliśmy. Chcieliśmy jak najlepiej wypaść. Wszystko nam wychodziło. Szczęście zawodników, szczęście trenera. Mieliśmy naprawdę niezłą ekipę.

Nadeszła upragniona IV liga, do której weszliście bez większego respektu dla bardziej doświadczonych rywali.

Tak, bo przez ten krótki okres okazało się, że kiedy wcześniej nie mogliśmy wywalczyć awansu, to kiedy już się to udało, mimo że w składzie wiele się nie zmieniło po awansie, to ci zawodnicy byli już gotowi na IV ligę. Nie potrzebowaliśmy wielu zmian, żeby udowodnić, że ci zawodnicy spokojnie mogą sobie poradzić w IV, a później w III lidze.

Swoją drogą byłeś jednym z częściej faulowanych zawodników Bytovii, ale często było też tak, że szukałeś kontaktu z rywalem i ewentualnego faulu.

Zgadza się. Trener Walkusz uczył nas stałych fragmentów gry. Mieliśmy je opracowane. Zawsze mówił: „Romek, jak nie da się wygrać pojedynku 1 na 1, szukaj faulu w polu karnym, szukaj przed”. Mieliśmy zawodników, którzy świetnie wykonywali rzuty wolne. Mieliśmy Łapę [Piotr Łapigrowski – przyp. red.], który z głowy strzelił chyba największą liczbę bramek, spośród zawodników którzy grali w Bytowie. Oczywiście nie wszystkich pamiętam, ale Piotrek bardzo dużo bramek strzelał głową. Stałe fragmenty były naszą mocną bronią. Byłem tak nauczony, że jeżeli nie uda się wygrać pojedynku 1 na 1, to trzeba szukać faulu.Wiadomo, że szukając faulu ryzykowałem tym, że mogę być kontuzjowany, ale starałem się bardziej zahaczać niż zostawiać nogę.

Wspominasz o stałych fragmentach gry. To zawsze była mocna strona drużyny Waldemara Walkusza, z tego była znana. Specjalnie ćwiczyliście na treningach rozgrywanie stałych fragmentów gry?

Tak, raz w tygodniu trenowaliśmy rzuty rożne. Każdy chyba pamięta, że jak graliśmy na boisku w Bytowie to przeciwnik wolał wybić piłkę na rzut rożny niż na aut, bo Tomek Cierson wyrzucał nieraz piłkę z autu mocniej, niż byłaby ona wrzucona z rzutu rożnego. Mieliśmy to doskonale opanowane. Na początku, to drużyny nabierały się na te auty. Później było już coraz trudniej. Drużyny się na tym poznały i nie szło już tak dobrze z autu. Uważam, że stałe fragmenty gry dzięki trenerowi mieliśmy dosyć dobrze wyćwiczone i dobrze nam to wychodziło.

Skoro jesteśmy już przy stałych fragmentach gry, to nie mogę Ciebie nie zapytać o Twoje słynne rzuty karne w stylu Antonina Panenki. Skąd w ogóle pomysł, żeby w taki sposób wykonywać rzuty karne?

Kiedyś widziałem w telewizji, jak wykonał to Panenka. Bardzo mi się to spodobało. Przychodząc do klubu bardzo dużo rozmawiałem z bramkarzami. Jak zachowują się przy rzutach karnych i jak reagują na zawodnika. Dawid [Misiura – przyp. red.] mówił, że praktycznie musi się rzucić. Wiem, że to mogło nie wyjść. Strzelając rzuty karne w Bytovii chciałem jednak pokazać, że jest to element gry, który może być widowiskowy. Ale trzeba to wytrenować i mieć silną psychikę, aby tak wykonywać rzuty karne. Myślę, że kibice też na coś takiego czekają.

Ale gdzie się tego nauczyłeś?

Pomysł przyszedł mi, gdy przyszedłem do Bytowa. Wcześniej grając nawet w Dębnicy Kaszubskiej nie wykonywałem rzutów karnych a la Panenka. Wykonywałem je normalnie. Miałem swój jeden bok. Lewy bramkarza i cały czas w niego strzelałem. Nie wykorzystałem w swojej karierze może trzech rzutów karnych i to zmieniając róg, czyli strzelałem w prawy bramkarza. Nie wspominam o sparingach, mówię tylko o meczach ligowych czy pucharowych. Wydaje mi się że nie trafiłem trzech, właśnie wtedy gdy zmieniłem róg. Po prostu miałem wytrenowane rzuty karne. Strzelałem w jeden róg, a przychodząc do Bytowa miałem także jeden róg, plus środek jak Panenka. Miałem wybór.

Chyba trzeba mieć nerwy ze stali, żeby wykonywać rzut karny w taki sposób. Noga Ci nigdy nie zadrżała, gdy wykonywałeś je w taki sposób?

Zawsze są emocje. Starałem się nie patrzeć na bramkarza. Pamiętam takie spotkanie, które wszyscy mi przypominają, gdy jestem w Bytowie. Nawet zawodnicy. Pamiętam wtedy po meczu podszedł do mnie Tomek Mielewczyk i mówił: „Wiesz co, ty to jesteś maestro”. Zapytałem się: „Tomek o co ci chodzi?”. Graliśmy wtedy mecz w Gostkowie, w 90 minucie był rzut karny. Miałem strzelać panenkę, ale podszedł zawodnik do bramkarza. Dało mi to do myślenia, że coś mu przekazuje. Pomyślałem wtedy: „Przekazałeś mu, że strzelam w środek”. Uderzyłem w lewy bramkarza, strzeliłem bramkę, a bramkarz stał i czekał, żeby złapać piłkę w koszyk. Pamiętam, że po tym karnym bramkarz się przewrócił i bił rękami w murawę. Być może chciał iść w mój lewy, ale zmienił to po tym, co powiedział mu ten zawodnik. Tak pomyślałem, bo ten piłkarz mógł mu przekazać, że strzelam w środek, dlatego zmieniłem decyzję. Także to było trochę szczęścia, ale tak jak Mąka mówił: „Skąd ty to wymyśliłeś, że strzelasz w lewy, skoro zawsze strzelałeś w środek?”. No tak pomyślałem, no i się udało.

Grając w IV lidze nie strzelałeś może już tylu bramek, ale nadal byłeś jednym z podstawowych zawodników Drutex-Bytovii. Jak wspominasz występy w IV lidze w czarno-biało-czerwonych barwach?

Zgadza się. Nie strzelałem już tylu bramek. Byłem już troszkę starszy. Kiedyś trener Wanat powiedział mi na treningu: „Romek jesteś fajnym zawodnikiem, pamiętaj, żeby grać jak najdłużej, ale kiedy będzie ci już brakowało centymetra do zdobycia bramki, to już trzeba zacząć się zastanawiać. Później będzie ci już brakowało pięciu, później pół metra”. Tu już mi brakowało dwudziestu centymetrów, żeby dołożyć nogę., żeby wyprzedzić zawodnik. Wiadomo, że to już była wyższa liga, nie było już tak łatwo. Mieliśmy dobry zespół w IV lidze. Myślę, że wtedy duży wpływ miał mój wiek.

W IV lidze spędziliście trzy sezony. W ostatnim Waszym spotkaniu w IV lidze graliście z Zatoką Puck, chociaż spotkanie zakończyło się remisem, to po meczu obie ekipy mogły świętować. Wy awans do III ligi, Zatoka mistrzostwo IV ligi i awans do baraży o II ligę.Wtedy ten awans był chyba swoistym świętem, bo jak na tamte czasy był to bardzo duży sukces?

Tak, jak najbardziej. Wszyscy czekali na ten awans. Pamiętam ten dzień, kibiców. Wspaniała uroczystość. W Bytowie ludzie potrafią świętować. Szanują piłkarzy i bardzo dobrze, tak powinno być wszędzie. Mnie się to podobało, bo Bytów był takim fajnym, specyficznym miasteczkiem, w którym grało dużo zawodników z tego regionu. Był stworzony taki kaszubski klimat. To mi się tak spodobało. Powiedziałem, że do czasu gdy będę miał siłę, będę grał w Bytowie.

Zostawmy jednak na moment ligę i przejdźmy do pucharów. Po raz pierwszy piłki na nieco wyższym poziomie skubnęliście w 2007 roku, kiedy w 1/32 Pucharu Polski zmierzyliście się z II-ligową wówczas Polonią Warszawa (0:1). Niewiele brakowało, a już wtedy mogliście sprawić niemałą niespodziankę, eliminując Polonię Warszawa.

Tak, wtedy to się zaczęło. My, zawodnicy z niższych lig doszliśmy do takiego momentu, że spotykamy się z wielkim klubem polskiej ligi. To było dla nas wielkie wyzwanie. Pamiętam ten mecz bardzo dobrze, bo uważam, że powinniśmy go wygrać. W ostatnich minutach straciliśmy bramkę, a z tego co pamiętam powinniśmy prowadzić. Wiadomo, że wtedy całkiem inaczej wyglądałby mecz. Zbyszek Oblizajek dośrodkował mi piłkę, strzeliłem bramkę, boczny sędzia pokazał, że piłka opuściła boisko. Później było widać na zdjęciach, że bramka była zdobyta prawidłowo. Wtedy dało nam to do zrozumienia, że chociaż przegraliśmy ten mecz, to rozmawiając później ze Zbyszkiem i innymi kolegami po meczu, mówiliśmy, że my ten mecz wygraliśmy. Mimo że odnieśliśmy porażkę. ale my jako zawodnicy wygraliśmy. Strzeliliśmy bramkę, której sędzia nam nie uznał. Trochę nam zabrakło szczęścia w tym meczu. Ale to już był sygnał, że tu są wspaniali zawodnicy i można tutaj dużo osiągnąć, jeśli chodzi o piłkę.

Świetni byliście też w regionalnym PP, bo aż trzy razy graliście w finale, a dwukrotnie wygrywaliście. Czy przed sezonem stawialiście sobie za cel zwycięstwo, albo przynajmniej finał w regionie?

Trener przed rozgrywkami od razu mówił, że puchar traktujemy poważnie, jak ligę. Pierwszym celem jest liga, ale celem jest też zdobycie pucharu. Trener mówił: „Wygrywając w pucharze, zobaczycie co można osiągnąć i z kim zagrać wyżej”. To się nam udało. Gdy zasmakowaliśmy pucharu, to nam się spodobało. Kibicom również. Cel był jeden: zdobyć puchar. Nie zawsze można zagrać z wielkim klubem grając w III czy IV lidze. Znamy kluby z jakimi możemy zagrać w pucharze. Mogliśmy mierzyć się z II i I ligą. Ale żeby tak było trzeba zdobyć regionalny puchar. Wtedy dopiero można iść wyżej.

W 2009 roku drugi raz z rzędu wygraliście regionalny PP i stworzyliście wręcz nieprawdopodobną historię w zasadniczym Pucharze Polski, w którym awansowaliście aż do 1/8 finału. Mierzyliście się tam z ówczesnym mistrzem Polski Wisłą Kraków (0:2). Pamiętamy całą otoczkę wokół tego spotkania, czyli specjalnie przystrojone miasto, mobilne trybuny, ponad 5 tysięcy ludzi na trybunach i transmisję w TV. Również Ty miałeś w tym meczu swój epizod. Pojawiłeś się na boisku w 89 minucie. Jak wspominasz to spotkanie?

To co działo się przed meczem parę dni, tygodni przed nim, to byłem wtedy dumny, że gram w tym klubie. Jeżdżąc do Słupska i spotykając kolegów, bardzo zazdrościli mi, że gram w takim klubie, że mogę zagrać przeciwko zawodnikom z Wisły Kraków. Byłem dumny. Nawet idąc po Bytowie. Patrząc na banery, to byli na nich zawodnicy. Coś wspaniałego. Trener wpuścił mnie w 89 minucie. Miałem przykrą dla mnie sytuację, bo dzień przed meczem pod koniec treningu naciągnąłem sobie mięsień. Prawie się popłakałem. Będąc u schyłku kariery, czekając na takie spotkanie przeciwko takiej drużynie całe życie, a tutaj naciągnąłem sobie mięsień i nie mogłem wystąpić w meczu. Walkusz powiedział: „Romek nie martw się, damy radę”. Wpuścił mnie w 89 minucie i mówił tak: „Romek znam ciebie. Naciągniesz, zerwiesz, trudno. Musisz wystąpić przeciwko Wiśle Kraków chociaż minutę”. Dziękuję mu za to, że mnie wpuścił. Wspominam to na trybunach wspaniale, tak jakbym tam grał. Pamiętam poprzeczkę Konia [Maciej Maciejewski – przyp. red.], którego był to chyba strzał życia. Nie raz biorę sobie laptopa i oglądam ten strzał Konika w poprzeczkę z Wisłą. Oglądam też powtórki innych meczów, nie tylko z Wisłą, również inne puchowe zmagania Bytovii.

Spodziewałeś się, że wejdziesz na boisko?

Nie spodziewałem się, bo mówiłem trenerowi, że nie dam rady. Nie wiedziałem, że wejdę. Trener przed meczem mi tego nie powiedział. Nie chciał i całe szczęście, bo bym się jeszcze bardziej denerwował. Siedząc na trybunach żyłem tym meczem tak, jakbym tam grał. W pewnym momencie trener powiedział: „Romek grzej się delikatnie”. Nie wiedziałem o co chodzi. W końcu mnie zawołali. Pamiętam koszulki z napisem Drutex-Bytovia. Wchodząc myślałem sobie: „Kurde, człowiek tyle lat grał, a teraz będzie w telewizji”. Poczułem piękno futbolu. Nawet stojąc przy linii i zmieniając zawodnika. To było jedno z lepszych piłkarskich przeżyć w moim życiu.

Można powiedzieć, że było to ukoronowanie Twojej piłkarskiej kariery?

Tak można to ująć. Szkoda, że nie mogłem wystąpić przez nieco więcej minut. Wiadomo miałem też już swój wiek, ale gdy później rozmawiałem z trenerem, to mówił mi, że gdym był w normalnej dyspozycji, to zagrałbym dużo, dużo więcej. Nie wiem czy udałoby mi się coś strzelić, ale na pewno dałbym z siebie wszystko.

Trzeba przyznać, że zespół mimo porażki pokazał się z dobrej strony. Chyba mogliście być zadowoleni z tego jak zaprezentowaliście się na tle mistrza Polski?

Pamiętam, że po tym spotkaniu takim ukoronowaniem naszych zmagań pucharowych była wspólna kolacja z zawodnikami Wisły, na którą zaprosili nas Leszek i Rafał Gierszewscy, za co później im bardzo dziękowaliśmy. Mogliśmy porozmawiać z zawodnikami Wisły, zobaczyć jak oni się zachowują, jeśli chodzi o ich zachowanie po meczu, co mogą. Nam pozwolono na trochę więcej. Gdy Wisła już odjechała, to oglądaliśmy powtórkę meczu na telebimie. Cały zespół. Odebraliśmy bardzo wesoło to spotkanie. Przeżywaliśmy to bardzo mocno, ale wszystko to szło z uśmiechem na twarzy, tak jakbyśmy zdobywali chyba mistrzostwo Polski. Czuliśmy się tak, jakbyśmy nie przegrali. Wygrywało się dużo meczów, ale po tym przegranym czułem się jakbym wygrał. Jakbym osiągnął coś dużego, wielkiego, a nie przegrał mecz.

A co najbardziej zapadło Ci w pamięci z tamtego dnia?

Już od rana jak myłem zęby, to już gdzieś było w głowie, ten mecz. Jak patrzyliśmy przez okna na idących kibiców, postawione trybuny, to to było po prostu wielkie show. Piłkarski szał dla nas. Wiem jaki mieliśmy stadion. Nawet nieraz gdy przygotowywaliśmy się do tego meczu, to trener mówił: „Nie patrzeć się jak trybuny stawiają, tylko przygotowujemy się do meczu”. My już żyliśmy tym parę dni wcześniej. Było nam ciężko. Trener nas bardzo mocno motywował. Myślę, że nie wypadliśmy źle. Tak jak rozmawiałem z ludźmi z Dębnicy Kaszubskiej, to mówili mi, że nie było wstydu, żadnego. Nie było widać aż takiej dużej różnicy. Wiadomo, że to oni prowadzili grę, ale na tamte czasy byliśmy przygotowani. To było widać, że trener nas dobrze przygotował do tego meczu. My pokazaliśmy, że Bytovia to też jest dobry zespół piłkarski.

Mieliście jakieś specjalne przygotowania do tego spotkania z Wisłą Kraków?

Nie. Mieliśmy nawet lżejsze treningi. Na spokojnie trener nas przygotowywał. Bardziej przygotowywał nas emocjonalnie do tego spotkania, a nie piłkarsko. Piłkarsko się już niczego nowego nie nauczymy w tydzień. Potrafimy to co potrafimy, to czego nauczyliśmy się do tamtej chwili. Tylko w głowach utrwalał nam jak mamy podejść do tego meczu.

Po emocjach pucharowych wróćmy do ligi. W III lidze w czarno-biało-czerwonych barwach spędziłeś dwa sezony. Twój ostatni sezon w Drutex-Bytovii mógł zakończył się bardzo nieprzyjemnie dla zespołu, bo prawie spadliście z ligi. Udało się utrzymać zespół tylko dzięki wycofaniu się z rozgrywek Piasta Choszczno. Jak to się stało, że w pucharach szło Wam tak dobrze, a w lidze coś wyraźnie nie grało?

Trudno powiedzieć. W pucharach występowaliśmy bardzo dobrze, a w lidze przegrywaliśmy często jedną bramką. Cały czas nam czegoś brakowało. Ktoś popełnił błąd i cały zespół z tego powodu ponosił konsekwencje, bo przegrywaliśmy mecz. Często przez jeden błąd. Nie mogliśmy się go ustrzec. Jednego, drugiego, trzeciego. Zabrakło nam szczęścia, a szczęście pomogło nam w pucharach, bo pamiętam spotkanie z Kościerzyną [6 maja 2009 r. w regionalnym PP, w którym Drutex-Bytovia później triumfowała. Dało to możliwość gry na szczeblu centralnym, w którym „Czarne Wilki” dotarły do 1/8 finału – przyp. red]. Przegrywaliśmy, wszedłem w ostatnich minutach, dośrodkowałem w 90 minucie do Łapy, on strzelił bramkę i wygraliśmy 2:1. Później poszliśmy znowu bardzo wysoko w pucharach. Gra przekładała się bardzo dobrze na puchary, a w lidze nie. Nie wiemy dlaczego. Mieliśmy rozmowy w szatni. Pamiętam, że wtedy były chyba jakieś niesnaski trenera z niektórymi zawodnikami i to też trochę przełożyło się na naszą grę. Coś już wtedy nie grało. W zespole mieliśmy spotkania przed treningami, po treningach i trener nas uczulał, ale wtedy nie mogliśmy już tego wyprowadzić na prostą, jeśli chodzi o grę i zdobywać punktów. To już się nie przekładało na grę w lidze. Wtedy było coś nie tak w zespole.

Gdybyś miał podsumować tych osiem lat spędzonych w Bytovii, to co byś o nich powiedział?

Spędziłem tu wspaniałe chwile. Osiem lat, to dużo. Teraz będę już pamiętał, ile miałem lat jak odszedłem z Bytowa (śmiech). Spędziłem w Bytowie bardzo piękne chwile. Chciałem wszystkim podziękować: prezesom, trenerom, kibicom i zawodnikom. Mieliśmy bardzo dużo wspólnych uroczystości z żonami, partnerkami. Spotykaliśmy się często w gronie zawodników. Wspominam te chwile, bo nie tylko piłka jest ważna, ale również ludzie, osobowości. Tutaj w Bytowie to był przecudny klimat. Naprawdę poznałem wspaniałych zawodników, a to przekładało się również na rodziny, bo spotykaliśmy się wspólnie z rodzinami. Mam z tamtych czasów wielu świetnych kolegów. Z niektórymi spotkam się do dzisiaj. Gramy wspólnie w turniejach. Wspaniałe chwile.

Często odwiedzam Bytów, co roku jestem na Dniach Bytowa, na koncertach, przyjeżdżam na basen. Pewnego razu gdy tutaj przyjechałem, spotkałem dziewczynę. Miałem ubraną bluzę Drutexu, którą dostałem, jak odchodziłem z Bytovii. Podeszła do mnie dziewczyna i zapytała: „Skąd pan ma tę bluzę?”, odpowiedziałem, że jest moja, dostałem ją. Ona tak na mnie spojrzała i zaskoczona powiedziała: „Pan Romek!”. Pamiętała te bluzy, bo wspominała, że wyszło ich bardzo niewiele, to były jakieś unikaty. Dlatego zadała mi to pytanie, dopiero jak się odwróciłem, to mnie poznała. Zapytałem czy dalej chodzi na mecze. Powiedziałem, że pewnie teraz jest fajnie, bo jest II liga. Ona na to: „Panie Romku, jest II liga, ale to nie jest to, co kiedyś było, jak wy graliście w okręgówce, IV czy III lidze. Chłopacy z Bytowa. Wtedy była prawdziwa Bytovia”. Takie słowa bardzo miło usłyszeć. Oczywiście bardzo gratuluję prezesom, że grają w I lidze, życzę im awansu do ekstraklasy. Chciałbym zobaczyć Bytovię w pucharach. Chciałbym też zobaczyć w zespole chłopaków z Bytowa. Wiadomo, że teraz to niemożliwe jest, żeby byli to wszyscy, ale chociaż ktoś. Jestem bardzo wdzięczny kibicom, że tak nas docenili. To były naprawdę piękne chwile, tych osiem lat spędzonych w Bytowie.

DSC_0552

Wspominasz, że za Twoich czasów w Bytowie grali zawodnicy z Bytowa i okolic. To chyba pozwalało wam stworzyć świetną atmosferę w szatni?

Tak. Z szatni wychodzi się od razu na boisko, to jest powiązane – szatnia i boisko. To co jest w szatni, to też jest na boisku. Mieliśmy wspaniałą atmosferę, to też przekładało się na wyniki. Chłopacy byli z okolic, prawie wszyscy znaliśmy się z okolicznych boisk i nikt nie musiał się przesadnie długo aklimatyzować i poznawać. Spędziliśmy nawet dwukrotnie wspólnie piłkarskiego sylwestra. To było coś wspaniałego. Pamiętam, jak z żoną i innymi piłkarzami i ich żonami, partnerkami trzy dni spędzaliśmy sylwestra (śmiech). To też jest fajna sprawa, bo boisko boiskiem, ale gdy już jest się razem na sylwestrach i innych imprezach, to wiadomo, że wtedy ludzie się poznają. Razem spędzaliśmy dużo czasu. Uważam, że to było wspaniałe.

Mówiłeś już o wielu pięknych chwilach związanych z Drutex-Bytovią, ale gdybyś miał powiedzieć o najpiękniejszej chwili związanej z tym zespołem, którą najczęściej wspominasz, to co by to było?

Na pewno jest to Puchar Polski. Cała otoczka i przygotowania, to było coś pięknego. Było też dużo innych chwil. Zbyt dużo ich było, aby wybrać jedną. Chociaż muszę powiedzieć o jednej, która została mi w pamięci, gdy już nie byłem piłkarzem Bytovii. Zapamiętam to do końca życia. Ze znajomymi poszliśmy w Dębnicy Kaszubskiej na przystanek. Pan Leszek załatwił piłkarzom autokar Barcelony, którym jechali na mecz. Przejeżdżali przez Dębnicę. Zatrzymaliśmy autokar. Wtedy w Drutex-Bytovii grali moi koledzy. Wysiedli. Pokazałem swoim znajomym autobus Barcelony. Mogliśmy w nim usiąść, obejrzeć. To było bardzo duże przeżycie dla moich znajomych, móc siedzieć w takim autokarze i porozmawiać z zawodnikami. Oni wtedy poczekali chyba z 20 minut. Porozmawialiśmy z nimi. To było takie inne przeżycie piłkarskie, ale to mi bardzo utkwiło w pamięci. Bardzo silne przeżycie dla mnie, gdy już nie byłem piłkarzem Bytovii. Oczywiście ustaliłem wcześniej, że będą jechać przez Dębnicę i tam się zatrzymają. To było ustalone z trenerem Walkuszem. Myślę, że było to też dla mnie podziękowanie od trenera za lata spędzone w Bytovii. Czułem się wtedy tak, jakbym znowu był w drużynie.

Była jeszcze jedna historia, którą wspominam. Była ostra zima i nie mieliśmy gdzie trenować. Ćwiczyliśmy na bieżni. Trenowała z nami również na bieżni późniejsza reprezentantka Polski: Angelika Cichocka. To przecież była zwykła bieżnia, nie było tartanu. Zawsze podaje to jako przykład. Gdy widzę ją w telewizji mówię: „Ta dziewczyna jest przykładem co można osiągnąć treningiem często w trudnych warunkach”. Podobnie my zawodnicy. Trenowaliśmy na bieżni, bo nie wpuszczano nas wtedy na płytę. Musieliśmy ćwiczyć gdzieś w rogach, na bieżni. Mimo tego zrobiliśmy chyba wtedy awans z IV do III ligi. Wspominam to tak, że nawet jeśli nie bardzo masz gdzie trenować, to możesz coś osiągnąć. Przypominam sobie właśnie wtedy Angelikę, która musiała trenować na tej bieżni, a ile osiągnęła. Jest olimpijką.

Trener Walkusz organizował też coś takiego, jak „Piłkarskie Oskary”. Jak to wspominasz?

Tak, wprowadził to. Muszę przyznać, że było to bardzo motywujące dla zawodników. Bardzo fajne jest dla każdego zawodnika coś dostać. Pamiętam jak tutaj przyszedłem, to uczyłem Kamila Chojnackiego: „Kamil pamiętaj ważniejsze jest podanie, niż strzelenie bramki, będziesz gwiazdą, jeżeli będziesz miał kilkanaście asyst i kilka bramek. To ciebie będą nosić na rękach. Tak musisz myśleć. Nie szukaj na siłę bramki. Liczy się dobro zespołu”. W ten sposób uczyłem wielu zawodników, że najważniejszy jest zespół.

Niewątpliwe zapisałeś się w historii Drutex-Bytovii. W ubiegłym roku znalazłeś się w jedenastce 70-lecia klubu. To było chyba bardzo miłe wyróżnienie?

To było jedno z większych emocjonalnych przeżyć. Gdy jechałem z żoną na ten jubileusz, to ona widziała jak bardzo jestem zdenerwowany. Bardzo to przeżywałem. Być opisanym w książce, pokazuję to rodzinie, znajomym. Mam koszulkę ze swoim nazwiskiem w stylu lat pięćdziesiątych. Jestem w jedenastce 70-lecia. Tacy piłkarze z Bytowa, znani na całą Polskę, a ja jestem tam razem z nimi. To bardzo duże wyróżnienie. Chciałem podziękować za to, że zostałem w taki sposób wyróżniony. Przeżyłem to bardzo mocno. To wyróżnienie zadziałało na mnie w taki sposób, że znowu zaczął troszkę trenować i grać.

Po tym jak odszedłeś z Drutex-Bytovii chyba przez dwa lata kontynuowałeś karierę na starach śmieciach w Skotawii Dębnica Kaszubska.

Zaczynałem w Skotawii. Powiedziałem sobie, że nawet jeżeli miałbym zagrać minutę w ostatnim swoim meczu, to zakończę to w Skotawii. Udało mi się tam zagrać chyba jeszcze dwa sezony i zakończyć karierę. Chociaż może to za mocne słowo. Ja to nazywam przygodą, bo poznałem tutaj wielu wspaniałych zawodników, trenerów i kibiców.

Myślę, że w Twoim przypadku można mówić o karierze.

Jestem skromnym zawodnikiem. Można tak powiedzieć, bo niektóre spotkania były na naprawdę wysokim poziomie piłkarskim. Daliśmy wiele wrażeń kibicom przez puchary. Coś się działo w Bytowie. Jak wspominałem byli ludzie stąd i to jest dla mnie mnie ważne, że będąc zawodnikami Bytovii udowodniliśmy, że można zajść naprawdę daleko.

Wspominałeś już o dziewczynie, która Ciebie rozpoznała, ale często zdarza Ci się, że przyjeżdżając do Bytowa ktoś Ciebie zaczepił i powiedział: „To ten Roman Cech, który kiedyś był gwiazdą Drutex-Bytovii”?

Przyjeżdżając do Bytowa czuję się jakbym wracał do swojej miejscowości. Jestem bardzo zadowolony, bo jak przyjeżdżam tutaj np. na Dni Bytowa, to spotykam ludzi, którzy się ze mną witają, pozdrawiają. Naprawdę nie spodziewałem się, że tak dużo ludzi mnie tu rozpoznaje. To jest bardzo miłe. Jak przyjeżdżam tutaj ze znajomymi, to pytają mnie: „Co ty tutaj takiego zrobiłeś?”. Wiedzą, że grałem w piłkę, ale nie sądzili, że jestem tutaj tak rozpoznawalny i mile widziany. Działa to na mnie motywująco i dopóki będę mógł, to będę odwiedzał Bytów. Uważam, że tutaj ludzie są wspaniali i wspaniale mobilizują zawodników. Dlatego w Bytowie jest taka fajna atmosfera.

Czy już po odwieszeniu butów na kołku trudno było Ci się odnaleźć bez piłki na co dzień, bez treningów, meczów?

Trudno. Nie mogłem się odnaleźć w pewnych sytuacjach. Czegoś mi brakowało. Próbowałem grać na Orliku. Nie bardzo odnalazłem się w zespole w Dębnicy. Odnalazłem się dopiero, gdy pojechaliśmy na turniej oldbojów. Gdzie grałem razem z m.in. Krzysiem Bryndalem, Zbyszkiem Oblizajkiem, Wojtkiem Piętą, Mariuszem Kalamaszkiem, Tomkiem Ciersonem. Zdobyliśmy tam pierwsze miejsce w oldbojach. Graliśmy jak za dawnych lat. Dało mi to do myślenia. Pomyślałem: „Romek, ty możesz jeszcze grać”. Co roku byłem zapraszany na charytatywne mecze. Grali tam byli zawodnicy Bytovii, graliśmy z I-ligowcami. To było bardzo fajne. Bardzo przyjemne. Byłem zapraszany nawet na różne przyjęcia w Bytovii. Cieszę się, że prezesi, ludzie nie zapominają o starszych zawodnikach. To daje taką motywację do działania.

Z dawnych umiejętności strzelecki chyba jeszcze co nieco zostało, bo nie tak dawno, na początku tego roku w turnieju halowym w Sławnie zostałeś królem strzelców w barwach oldboyów Drutex-Bytovii, która zresztą wygrała cały turniej.

Tak, bo mieliśmy bardzo mocny skład na ten turniej. Zagraliśmy coś fajnego i nawet kibice czy piłkarze pytali ile razy trenujemy. Mówiłem: „No my z Wojtkiem graliśmy razem siedem lat temu”, oni myśleli że to niemożliwe. Graliśmy kiedyś ze sobą, to po prostu było widać, ale dla nas to było jakby wczoraj. My znamy się bardzo dobrze. potrafimy odnaleźć się na boisku. Bardzo miło było, że pan Leszek pozwolił nam wystąpić w barwach Drutex-Bytovii, to była fajna promocja. Tutaj pomyślałbym o tym, bo ja bardzo chętnie reprezentowałbym barwy oldbojów Drutex-Bytovii.

Śledzisz poczynania obecnej Drutex-Bytovii?

Tak. Już sobie obiecałem, że przyjadę na mecz pucharowy z Pogonią Szczecin. Mam dożywotnią kartę vipowską, za którą bardzo dziękuję. Śledzę wszystkie wyniki. Po prostu żyje tym klubem cały czas. Obecnie jest bardzo fajny trener i bardzo dobrze prowadzi zespół, co widać po wynikach. Do końca życia będę kibicował Drutex-Bytovii.

Przed dłuższy czas po zakończeniu kariery nie byłeś związany bezpośrednio z futbolem. Planujesz zająć się np. trenowaniem młodzieży?

Tak, już od roku trenuję młodzież z rocznika 2006 – 2007. Mam uprawnienia trenerskie i zajmuję się juniorami w klubie piłkarskim Dębnickie Orły. Na razie chciałem sprawdzić się jako trener w młodszej grupie, bo uważam że warto trenować małych chłopców. Chciałbym aby oni zobaczyli jak to później piłkarsko wygląda.

Marzysz może o powrocie do Bytovii, może już nie w roli zawodnika, ale np. trenera młodzieży?

Na razie o tym nie myślałem. Życie płata różne figle. Bytovii nigdy nie odmówiłem i nie odmówię, czy to zaproszenia na uroczystość, mecz, czy może kiedyś bycia trenerem. Na pewno bym nie odmówił. Mam nadzieje, że kiedyś podniosę kwalifikację i zostanę trenerem Drutex-Bytovii.

Krystian Błank
Krystian Błank
A u t o r
Zastępca redaktora naczelnego.

2 Comments

  1. edi pisze:

    Hey. Możecie podać, kto był bohaterem pierwszego odcinka i podlinkować! Fajnie się czyta, a i pytania zadajecie nieszablonowe. Gratuluję

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *