Znani niezapomniani: Grzegorz Kraska

Wysłano 2 Grudzień, 2017 przez w kategorii Wiadomości

Zapraszamy na kolejny odcinek „Znanych niezapomnianych”, w którym Grzegorz Kraska opowiada m.in. o latach spędzonych w Drutex-Bytovii, bramce życia i pracy strażnika więziennego.

Grzegorz Kraska – zawodnik, który nigdy nie był wirtuozem, ale braki techniczne nadrabiał zaangażowaniem i sercem zostawianym na boisku. Zgodzisz się z tym?

Jak najbardziej. Nigdy nie byłem zawodnikiem, który imponowałby techniką. Po prostu miałem serce do gry i walczyłem, czym dużo nadrabiałem.

Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie futbolem i pomysł, żeby zająć się właśnie tym?

Zaczęło się już w dzieciństwie. Gdy chodziłem do podstawówki, to była tylko piłka i nic więcej w głowie nie siedziało. Cały czas myśli krążyły gdzieś wokół niej.

Jesteś wychowankiem Drzewiarza Rzeczenica. Jakie były Twoje początki w tym zespole?

Zaczynałem w wieku 12 lat od juniorów. W Drzewiarzu grałem przez pięć lub sześć lat. Często było tak, że grałem połówkę w seniorach i dwie połówki w juniorach, bo wtedy pozwalały na to przepisy. Po tych kilku latach przeniosłem się z Drzewiarza do Czarnych Czarne.

czarniW barwach Czarnych nieraz mierzyłeś się z Drutex-Bytovią w okręgówce. Ciekawi mnie jak wspominasz bardzo kontrowersyjne spotkanie z „Czarnymi Wilkami” na zakończenie sezonu 2004/05, w którym sędzia m.in. uznał nieprawidłową bramkę dla Czarnych, a trenera Waldemara Walkusza wyrzucił na trybuny?

Pamiętam to spotkanie. Wygraliśmy wtedy 2:1. Głównym sędzią był Piotr Kurowski z Ustki. W tym meczu były takie trochę cyrki. Pamiętam, że Mariusz Kumoch kopnął wtedy bodajże nogą w siatkę, a arbiter uznał bramkę. Tam gola nie było. Po prostu kopnął w siatkę, ta się zatrzęsła, po czym sędzia wskazał na środek. Później jeszcze bytowscy kibice wtargnęli na boisko, ale ostatecznie został tam zachowany wynik z boiska. Po tym meczu sędzia Kurowski „zgasł”, odstawili go, chociaż jak dla mnie to w tamtych czasach był jeden z lepszych sędziów. Nie dał sobie w kaszę dmuchać, ale po prostu nie wytrzymał presji tamtego meczu. Było wtedy wielu kibiców z Bytowa, których bardzo zdenerwowały takie, a nie inne decyzje sędziego, ale w sumie nie ma im się co dziwić.

Niektórzy mówią, że w Czarnem byłeś gwiazdą lokalnego podwórka. Zgodzisz się z tym?

Może nie gwiazdą. Byłem po prostu solidnym zawodnikiem, bo po prostu bardzo przykładałem się do treningów. Gdy trener robił statystyki, to na 79 jednostek, miałem 77 przepracowanych. Wydaje mi się, że po prostu to wychodziło przez trening. Byłem walecznym zawodnikiem, nie żadnym technikiem, był po prostu trening, trening i jeszcze raz trening.

Po awansie Czarnych do IV ligi również miałeś okazję mierzyć się z Drutex-Bytovią. Wiosną sezonu 2006/07 pokonaliście nasz zespół 2:0. Strzeliłeś jedną bramkę, drugą natomiast zdobył Krystian Stanios. W kolejnych rozgrywkach graliście już w Bytowie. Dobry występ we wspomnianym spotkaniu pomógł Wam w transferze do Drutex-Bytovii?

Myślę, że tak. Pokazaliśmy się z Krystianem w tym meczu. W czasie spotkania powiedziałem dwa słowa trenerowi Walkuszowi, może o dwa za dużo. Nie będę ich tutaj cytował, bo są brzydkie, ale dzisiaj się z nich śmiejemy. Przy linii rzuciłem w jego stronę parę słów, za które później po spotkaniu go przeprosiłem. Pamiętam, że byłem wtedy po nocce, spałem, mama w pewnym momencie przybiegła do góry, przyniosła telefon i powiedziała, że dzwoni trener Walkusz. Odpowiedziałem na to: „Jaki trener Walkusz?”. Odebrałem, porozmawialiśmy i tak zaczęła się moja przygoda z Drutex-Bytovią. Wziąłem ze sobą też Krystiana.

Nie chciałeś iść sam?

Nie chciałem, bo to były dalekie dojazdy, a we dwóch zawsze łatwiej. Zapytałem trenera, czy mogę wziąć ze sobą kolegę. Krystiana też znał z boiska. Powiedział, że bardzo chętnie i tak pojechaliśmy. Umówiliśmy się na spotkanie z trenerem oraz Rafałem Gierszewskim i ruszyliśmy do Bytowa.

Jakie były Twoje początki w Drutex-Bytovii? Trudno było wedrzeć się do składu, który był jednak mocno techniczny?

Myślałem, że będzie inaczej, ale jednak chłopacy grali już w piłkę bardzo porządnie. Tak jak ja byłem walczakiem, a tam była drużyna bardziej techniczna. Chociaż myślałem, że z Romkiem Cechem zrobimy jakiś dobry duet napastników, ale nie wyszło. Częściej grzałem ławę niż grałem. Natomiast Krystian się dobrze wpasował i ostatecznie to on okazał się większym wzmocnieniem ode mnie.

Jak wyglądało Wasze wprowadzenie się do bytowskiej szatni? Było trudno?

Nie, chłopaki w szatni przyjęli nas bardzo sympatycznie. Szczególnie zapamiętałem Dawida Misiurę, który zawsze wspominał o bramkach, które mu strzeliłem. Śmiałem z tego, jak przyszedłem. Oczywiście bez złośliwości. Krystian też zawsze dawał mu jakieś pociski (śmiech). Ale bardzo sympatycznie nas przyjęli w Bytowie. Była wtedy taka fajna grupa w szatni.

Pierwszą bramkę w lidze w Drutex-Bytovii zdobyłeś przeciwko Orłowi Trąbki Wielkie, ale zapewne bardziej w Twojej pamięci zapadł drugi gol w czarno-biało-czerwonych barwach w wygranym 4:1 spotkaniu z Czarnymi Czarne.

Tak, pamiętam, jak dziś to spotkanie. Serce bardzo mocno mi waliło, gdy tam pojechałem. W Czarnem Bytovia bardzo długo nie mogła wygrać. Zwyciężylismy jednak 4:1, strzeliłem ostatnią bramkę ustalającą wynik. Był to może trochę przypadkowy gol, ale czy to ktoś ocenia? Najważniejsze, że była w sieci. Znalazłem się po prostu tam, gdzie powinienem być i strzeliłem, ale nie cieszyłem się z tej bramki. Była fajnie, ale Czarni to jednak Czarni. Nie mogłem zapomnieć o tych kilku ładnych latach, które tam spędziłem.

A jakie to było uczucie zagrać przeciwko zespołowi, w którym spędziłeś tyle lat?

Chciałem zagrać, ale to zawsze będzie specyficzny mecz dla zawodnika, który grał w tym klubie kilka lat. Krystian też bardzo przeżywał, że nie mógł zagrać, bo chyba pauzował za kartki. Wróciłem na stare śmieci, człowiek po prostu czekał na ten mecz.

Łącznie IV lidze w sezonie 2007/08 w Drutex-Bytovii zagrałeś 22 spotkania, w których zdobyłeś 4 bramki. Jak wspominasz tamte rozgrywki?

Może o pieniądzach nie powinno się mówić, ale tak jak w Czarnem graliśmy praktycznie za darmo, tak w Drutex-Bytovii było coś zupełnie innego. Gdy poszliśmy tam z Krystianem, to nam się trochę oczy otworzyły, że grając w piłkę, można jeszcze nieco zarobić. IV liga to był dobry czas, którego nie żałuję. W Czarnem nie było prawie nic. Oczywiście była jakaś śmieszna dieta, która nam się należała, ale nic więcej. W Bytowie było całkiem inaczej. Pamiętam, że jak wypłacili mi pierwsze stypendium, to byłem w szoku. To był inny świat. Całkowicie inne standardy niż w Czarnych, a przecież to były dwie drużyny z tej samej ligi. To był niesamowity przeskok.

Czyli zapowiadało się, że Drutex-Bytovia może dużo osiągnąć?

Tak, już w tamtych czasach klub traktował ludzi profesjonalnie. Podchodził dobrze do tej sprawy, bo inni chłopacy z tej samej ligi kopali za darmo, albo za niewielkie pieniądze, a wiadomo, jak to się potem kończyło. To zniechęcało, mówiło się, że: „dzisiaj mi się nie chce”, a w Drutex-Bytovii była motywacja, żeby pojechać na trening i ćwiczyć. To były dobre czasy.

Duże było święto, gdy awansowaliście do III ligi?

Bardzo duże. Jakby przed Bytovią ktoś powiedział mi, że awansuję do III ligi, to bym nie uwierzył. To już były dla mnie wyżyny piłkarskie, ale fajnie, że byłem w tej drużynie i udało mi się awansować. W III lidze dużo siedziałem na ławie, ale zawsze wiedziałem, po co tam jestem i może w IV lidze w innym klubie grałbym więcej, ale nie żałuje tego, że głównie wchodziłem z ławki. Miałem swoje pięć minut w Drutex-Bytovii.

Przejdźmy na chwilę do rozgrywek Pucharu Polski. Zacznijmy od regionalnego, który dwukrotnie wygraliście. Najpierw z Lechią II Gdańsk 3:0, później natomiast z Bałtykiem Gdynia 1:0 po dwumeczu. W spotkaniu z Bałtykiem zdobyłeś jedyną bramkę, która dała nam puchar oraz możliwość gry na szczeblu centralnym. Jak wspominasz właśnie te regionalne Puchary Polski? Mieliście na nie jakiś plan, aby dużo w nich osiągnąć?

Trener zawsze nastawiał się na puchary. Jak udało się wygrać jeden czy drugi mecz, to apetyty rosły. W pucharach też więcej grałem, bo trener dawał grać więcej rezerwowym, ale pamiętam, że z Bałtykiem wszedłem z ławki. Tego meczu nie da się zapomnieć. Wtedy chyba Krystian dośrodkował z lewej strony i głową zdobyłem gola, za którego później dostałem nawet statuetkę za „Najważniejszą bramkę roku” na Bytowskich Oskarach. Puchary nakręcały nas z meczu na mecz. Tyko, że przez nie zawalała nam się trochę liga. Cienko w niej było. Nie mieliśmy 30 ludzi, żeby tak często rotować składem, dlatego zmęczenie wychodziło, a na puchar człowiek się jakoś inaczej nastawiał. Była zupełnie inna motywacja. Liga jest długa, a puchar to był jeden mecz, który trzeba było albo wygrać, albo przegrać. Jak to mówił Walkusz, to była taka mała wojna. To nas bardzo motywowało, a trener potrafił motywować i może dzięki temu tak dobrze nam poszło w pucharach. Wtedy puchar był dla nas przygodą życia.

Ogromne sukcesy osiągaliście również w fazie centralnej Pucharu Polski. Jak na tamte czasy to było coś niesamowitego, bo pokonaliście kilku rywali z wyższych lig. Tobie zapewne najbardziej zapadło w pamięci spotkanie z Wisłą Puławy, w którym zdobyłeś bramkę na 5:3.

Tak, wyszło mi uderzenie życia. Do dziś bardzo dobrze pamiętam tę bramkę, strzeliłem ją w 118 minucie. Tego gola do dzisiaj można zobaczyć na YouTubie. Nieraz go sobie przypominam. Czasami też pokazuję synowi.

A skąd pomysł, żeby uderzyć w tamtej sytuacji?

To było po prostu instynktowne. Spojrzałem tylko gdzie stoi bramkarz, pomyślałem „co będzie to będzie”, zamknąłem oczy, strzeliłem i wyszedł z tego gol życia. Bramkarz się nawet dobrze nie ruszył.

Później w 1/16 finału mierzyliście się z ekstraklasową wówczas Polonią Bytom, którą pokonaliście 2:1. Zagrałeś w tamtym spotkaniu, tradycyjnie wchodząc z ławki. Jak wspominasz tamten mecz?

Ten rywal już nas zdecydowanie przerastał. Polonia Bytom zajmowała wtedy wysokie miejsce w tabeli ekstraklasy. Wiedzieliśmy, że przyjadą naprawdę dobrzy zawodnicy, ale myślę że nas zlekceważyli. Pewnie sądzili, że przyjadą do nas i na stojąco, bez większego wysiłku z nami wygrają. A wtedy Sławek Pufelski i Łapa strzelili po bramce, oni jeszcze w końcówce trafili na 2:1, ale już byliśmy tak zdeterminowani, że nie mogliśmy tego odpuścić, musieliśmy wygrać. Pamiętam, że po meczu wszyscy nasi kibice skakali na boisku. To też było coś niesamowitego.

Pamiętasz może nagłówek „Przeglądu Sportowego” po tym meczu – „Mali też mogą być wielcy”? Faktycznie czuliście się wielcy po tym meczu?

Oczywiście, że pamiętam ten tytuł. Byłem wtedy bardzo dumny z tego co zrobiliśmy, że wygraliśmy z ekstraklasowcem. Jakby ktoś powiedział mi dwa czy trzy lata wcześniej, że zagram w takim meczu, to bym nigdy w to nie uwierzył, że zapiszemy taką historię. Jednak warto mieć determinację, żeby walczyć do końca. Po drodze pokonaliśmy Tur Turek, OKS Olsztyn, z którymi też mogliśmy odpaść, a po walce udawało nam się awansować coraz dalej.

Czyli nie techniką i umiejętnościami, ale walką i determinacją pokonywaliście kolejnych rywali?

Tak. Wtedy graliśmy z zawodnikami, którzy na co dzień zawodowo zajmują się piłką i z tego żyją. Na spotkania wychodziłem po pracy albo przed, czasami też po nockach, a oni tego nie mieli. Po nocce nieraz jeździłem na mecz, spałem tylko może ze dwie godziny i musiałem grać.

Zagrałeś we wszystkich meczach pucharowych. Spodziewałeś się, że tak daleko zajdziecie?

Już zapomniałem, że zagrałem wtedy we wszystkich spotkaniach pucharowych (śmiech). Najistotniejsze jednak, że wystąpiłem w tym najważniejszym z Wisłą Kraków. Gdy trafialiśmy na kolejne zespoły, to myśleliśmy sobie, że jeszcze jeden, jeszcze można dalej zajść. Wtedy do głowy sobie to tak wbiliśmy, że nawet Wisłę możemy pokonać. To nakręcało. Żyliśmy tym, że będzie następny mecz pucharowy, drużyny z wyższych lig. Potem już mniej się baliśmy. Pokonaliśmy jedną, drugą drużynę, ale kiedyś historia musiała się skończyć.

Wreszcie nadeszła ta chwila, 27 października 2009 roku i mecz z Wisłą Kraków. Jak wspominasz tamten dzień? Jaki on był dla Ciebie?

Pamiętam, że nie spałem pół nocy. Chociaż nie wiedziałem czy zagram, to podejrzewałem, że trener da mi szansę, znajdę się wśród rezerwowych i wejdę na boisko. Już gdy rano wstałem, to nie mogłem usiedzieć w miejscu. Jeszcze, że w losowaniu wyszło na to, że trafiliśmy na Wisłę Kraków, bo mogliśmy spotkać się z innym przeciwnikiem, z nim odpaść i nie byłoby to takie wydarzenie. Trafiliśmy jednak na Wisłę i to było święto, którego nikt w Bytowie nie zapomni. Niedawno byłem na meczach z Legią i Lechią, to był taki normalny mecz pucharowy. A wtedy te kolejki do kasy, nasze bilbordy, co wisiały na ulicach, to robiło wrażenie. Ludzie czuli, że ten mecz się zbliża. Taki mecz już nigdy się nie powtórzy. Takie coś się dzieje raz w życiu. To było święto, którego nigdy nie zapomnę.

A jak wspominasz samo spotkanie z Wisłą?

Mnie się podobało. Wszedłem, trochę zamieszania zrobiłem na boisku. Jeszcze mogłem strzelić bramkę, byłem tak blisko, ale się poślizgnąłem. Gdybym strzelił, to ciekawe kto by mnie potem złapał, z tej radości chyba bym odleciał. Ale nie narzekam. Powalczyliśmy. To był ówczesny mistrz Polski. Tam grali reprezentanci kraju. Dzisiaj przecież Marcelo gra w Olympique Lyon, a wtedy grał przeciwko nam i dostał nawet żółtą kartkę za faul na mnie, jeszcze wtedy na niego nakrzyczałem. A gdzie dzisiaj jest Marcelo, a gdzie jestem ja. Tam grał prawie cały pierwszy skład. Nie było tylko bramkarza i braci Brożków. Grali Mauro Cantoro czy Junior Diaz, który kilka lat później pojechał z Kostaryką na Mistrzostwa Świata do Brazylii. Ten mecz zapisał się w historii Drutex-Bytovii.

Jak przygotowywaliście się do tego meczu?

Do niego nie trzeba było się jakoś szczególnie przygotowywać. To już mieliśmy w głowie. Na taki mecz to większość ludzi czekałaby całe życie, gdyby wiedziała, że w nim zagra. Czy przygotowywalibyśmy się tak czy inaczej, to nic by nie zmieniło. Człowiek, który gra w piłkę, to wie co ma robić. Do tego spotkania trener dobrze przygotował nas mentalnie. Trener Walkusz to był dobry psycholog, tak potrafił zmotywować, że człowiek wychodził na boisko cały nagrzany. Dobrze wspominam trenera Walkusza, moim zdaniem zrobił dużo dla Bytowa.

Czyli nie przygotowywaliście się pod kątem czysto fizycznym, ale bardziej mentalnie.

Tak. Nasze nastawienie psychiczne było takie, że musimy wyjść na boisko i coś jeszcze na nim udowodnić, zrobić, a może jeszcze kroczek wyżej udałoby się zrobić. Nie udało się, ale kiedyś przygoda musiała się jednak skończyć.

Gdy trener powiedział Ci: „Grzesiu, wchodzisz!”, to był duży stres?

Byłem już na rozgrzewce, ale gdy wszedłem na boisko, to zapomniałem o wszystkich. Chciałem tylko grać. Tam było ponad pięć tysięcy ludzi, to było po prostu święto. Nigdy nie grałem przy tak dużej widowni. Ktoś powiedziałby, że co to jest pięć tysięcy, ale dla nas to było coś niesamowitego. Na mecze okręgówki czy IV ligi przychodziło po sto osób, a tu było pięć tysięcy. Czuć było, że ten stadion żył. To spotkanie było też transmitowane na żywo w telewizji. Moja mama to ogląda i mogła zobaczyć mój występ. Tego dnia miałem nockę, ale jak dowódca, gdy dowiedział się, że wylosowaliśmy Wisłę, to sam zapisał mnie na wolne. Pamiętam, że jak powiedziałem mu: „Zapisz mnie na wolne”, to on odpowiedział mi: „Już dawno jesteś zapisany”. Nocka w ten dzień wypadała, a wiadomo, że trzeba było trochę poświętować po takim meczu.

Mimo że przegraliście 0:2 i żadna porażka nie może cieszyć, to chyba mogliście być zadowoleni ze swojej postawy na tle ówczesnego mistrza Polski.

Wydaje mi się, że zagraliśmy nawet bardzo dobrze. Oczywiście porażka nie powinna cieszyć, jednak to był mistrz Polski, a my byliśmy chłopakami III ligi, ale walczyliśmy. Nikt nie odstawiał nogi. Myślę, że każdy kto zagrał w tym meczu dał z siebie wszystko i zostawił dużo zdrowia na boisku.

Grałeś w tamtym spotkaniu około 20 minut. Czy to było największe przeżycie w Twojej piłkarskiej karierze?

Na pewno. Taki mecz gra się raz w życiu. Takie coś już by się nie powtórzyło, bo nie dość, że graliśmy w 1/8 finału Pucharu Polski, to jeszcze w losowaniu trafiliśmy na Wisłę, która była mistrzem kraju. Już dwa lata wcześniej, zaraz po przyjściu do Drutex-Bytovii też przeżyłem fajne chwile w pucharach. Zagraliśmy wtedy z Polonią Warszawa, co prawda przegraliśmy 0:1, ale przyjemnie było zagrać z zespołem z wyższej ligi. W ciągu tych paru lat spędzonych w Bytowie zagrałem z takimi przeciwnikami, których wcześniej mógłbym zobaczyć jedynie siedząc na trybunach, albo oglądając w telewizji, a nie grać przeciwko nim. Jakby ktoś powiedział mi, że będę grał przeciwko Diazowi czy Marcelo, to powiedziałbym: „chłopie weź się stuknij w głowę”. To tak jak mój kolega z Czarnego powtarza: „Szacun dla nich, bo oni grali z Wisłą Kraków, a ty mogłeś siedzieć tylko na trybunach i patrzeć”. To też trzeba mieć szczęście. Byli chłopacy, którzy siedzieli na ławie i nie weszli nawet na minutę, a mogli, bo grali w lidze więcej ode mnie, a z Wisłą Kraków nie zagrali. W takim meczu na pewno każdy chciał zagrać. Mnie się to udało.

Takie mecze chyba na długo zapadają w pamięci?

Tak, to nie ulega wątpliwości. Jak o tym z Krystianem wspominamy, to aż się nieraz kręci łezka w oku. To przeszło do historii, nawet za 20 lat będziemy wspominać tę pucharową przygodę.

W lidze byłeś głównie rezerwowym w III lidze, zagrałeś tylko jeden mecz od pierwszych minut. Żałujesz, że nie dostawałeś więcej minut?

Trener był od tego, żeby oceniać i wystawiać skład, ale nie żałuję czasu spędzonego w Bytowie. Nie byłem zły na to, że byłem głównie zmiennikiem.

W sezonie 2009/10 zagrałeś w 27 meczach ligowych i pucharowych, we wszystkich wchodziłeś z ławki. Średnio na boisku spędzałeś 24 minuty. Miałeś jakąś umowę z trenerem, że wchodzisz na mniej więcej tyle czasu (śmiech)?

Nie (śmiech). To trener o tym decydował, miał twardą rękę i trzeba było się słuchać.

Jak wspominasz treningi z trenerem Walkuszem? Chyba mocno dawał Wam w kość?

Tak, bardzo. Był to jeden z surowszych trenerów z jakimi współpracowałem. On i Jurek Marach (były trener Czarnych Czarne – przyp. red.), to byli dwaj trenerzy, u których człowiek po prostu wiedział, że był na treningu. Tak powinno być. Obaj bardzo dużo mnie nauczyli. Wiedziałem, że trening, to zawsze będzie wykładnia meczu. Im więcej przepracowałeś na treningu, tym lżej miałeś w czasie spotkania. Taka jest stara zasada.

Jak to się stało, że w pucharze szło Wam tak dobrze, a w lidze na tyle źle, że prawie spadliście w sezonie 2009/10?

To było tak, jak powiedział kiedyś Wojtek Pięta, że za bardzo zaczęliśmy żyć pucharami, a o lidze zapomnieliśmy. Tylko nakręcaliśmy się na puchary, a myśleliśmy, że w lidze jakoś to będzie. A ta im dalej szła, tym zaczęliśmy się coraz bardziej zakopywać w dole tabeli. Potem musieliśmy wygrywać, a to tak nie jest w piłce, że jak musisz, to wygrywasz. Wydaje mi się, że trochę zapomnieliśmy o lidze. Teraz w Czarnych, którym jeszcze czasami w niektórych meczach pomagam i jeżdżę z nimi, jak nie mają ludzi, to oni teraz każdy mecz grają o życie, a one nie wychodzą. Trener tłumaczy, że w każdym meczu gramy jak o utrzymanie, a to tak się nie da. Trzeba grać na jakimś luzie, żeby wygrywać spotkania. Nogi nie mogą być spięte, człowiek nie może być zdenerwowany, to nie tędy droga. Jak za bardzo chcesz, to często nie wychodzi tak, jakbyś chciał.

Czyli zabrakło Wam luzu w tamtym sezonie?

Myślę, że tak. Żyliśmy bardziej środami niż weekendami, a przecież powinniśmy żyć też ligą, bo przecież ona też była ważna. Gdyby nie wycofanie Piasta Choszczno, to byłby spadek. W pucharach byliśmy tak wysoko, a niewiele brakowało, a nie byłoby III ligi. Coś za coś, ale tak nie powinno być.

Dlaczego odszedłeś z Drutex-Bytovii?

Przystąpiłem jeszcze do rozmów z Rafałem na temat mojej przyszłości w klubie, ale byłem już zmęczony dalekimi dojazdami i dlatego postanowiłem odejść z Drutex-Bytovii. Potem trochę żałowałem, że nie zostałem jeszcze chociaż na pół roku, bo Krystian został jeszcze w Bytowie. Mam pracę w kryminale. Tam jest dniówka i nocka, z której zawsze śmiał się trener Walkusz. Wracałem do domu o 23, rano znowu o 5 musiałem wstawać do pracy. Przemęczyłem się tych kilka lat, ale te dojazdy dawały w kość. Człowiek musiał pracować, a piłka zawsze była tylko dodatkiem, ważnym, ale jednak tylko dodatkiem.

Jaka była Twoja najbardziej pamiętna chwila w Drutex-Bytovii?

Chyba ta bramka z Wisłą Puławy w Pucharze Polski. Chociaż ważny był też gol z Bałtykiem, to jednak bramka z Wisłą, to była tak wisienka na torcie. Do tego jeszcze w samej końcówce dogrywki. Oni przecież wcześniej doszli nas z 3:0 na 3:3, potem Karol Sadzik w dogrywce dołożył na 4:3, ale oni dalej cisnęli. Wtedy trafiłem bramkę w 118 minucie i po prostu mecz się skończył dla nas i dla nich.

Wiele osób, z którymi rozmawiałem mówi o świetnej atmosferze w szatni w tamtych czasach, a jak Ty wspominasz bytowską szatnię w tamtych czasach?

Bardzo dobrze. Dawid [Misiura – przyp. red], Blady [Tomasz Cierson – przyp. red. , Zbyszek [Oblizajek – przyp. red], Rysiek [Mądzelewski – przyp. red.], Romek [Cech – przyp. red.] i inni, to była świetna ekipa. W szatni niektórzy byli może nieco starsi od nas, ale jak z Krystianem przyjechaliśmy do Bytowa, to bardzo dobrze nas przyjęli. Nie spodziewaliśmy się, że to tacy ludzie. My przez cale życie na meczach darliśmy koty z Mąką [Tomasz Mielewczyk – przyp.red], Bladym i innymi, bo byliśmy wrogami na meczach. Gdyby ktoś w 2004 roku powiedział mi, że będę grał w Drutex-Bytovii, to też powiedziałbym mu, żeby się stuknął w głowę. Coś mówi o tej naszej relacji fakt, że Drutex-Bytovia nie mogła wygrać w Czarnem, a Czarni nie mogli wygrać w Bytowie. To były piłkarskie wojny. Jak wychodziliśmy na mecz, to tam nogi już nikt nie odstawiał. Nikt. A potem byliśmy kolegami na boisku i poza nim. Bardzo dobrze wspominam bytowską szatnię. Byłem też w innych klubach, ale Bytów będzie przeze mnie najlepiej wspominany.

Po Drutex-Bytovii występowałeś jeszcze w Koralu Dębnica, Drzewiarzu Rzeczenica, Brdzie Przechlewo, Hubertusie Biały Bór i ostatnio Czarnych Czarne. Po Drutex-Bytovii największy sukces osiągnąłeś z Brdą, z którą też wygrałeś regionalny Puchar Polski w sezonie 2013/14.

Tak, w meczu finałowym z Luzinem też strzeliłem bramkę w dogrywce. Jak to Krystian powiedział: „Historia lubi się powtarzać”. Oni jednak wtedy wyrównali i wygraliśmy dopiero po karnych. Potem w fazie centralnej graliśmy z Gryfem Wejherowo. Do przerwy prowadziliśmy nawet 1:0, ale po przerwie było już gorzej i przegraliśmy 1:4. Gryf był wtedy w II lidze. Nie ma co ukrywać, że w drugiej połowie już odstawaliśmy od nich piłkarsko. Przypomniałeś mi jeszcze Brdę, to też była niezła przygoda, ale to wszystko jest tylko kroplą w morzu tego, co przeżyłem w Bytowie. Teraz gram trochę w Czarnych, ale występuje też w oldbojach Drzewiarza i to mi się nawet bardziej podoba.

Czyli mimo niedawno ukończonych 39 lat nadal grasz w piłkę?

Tak, jak najbardziej. Chodzę dwa razy w tygodniu na trening. Od tego się nie da odciąć.

kracha2Jak Ci idzie w Czarnych?

Czasem im tylko pomagam. Dzwonili ostatnio przed meczem z Kaszubią Studzienice, prosili, żebym jechał, ale prowadzę restaurację, w której jest masa roboty i nie dałem rady. Teraz myślę, że mogłem z nimi jednak pojechać i pomóc, lecz myślałem, że w Studzienicach sobie poradzą, a tak się o dziwo nie stało. Zremisowali z ostatnią drużyną.

Bywasz czasem na meczach Drutex-Bytovii?

Byłem ostatnio na meczach z Legią i Lechią, ale na ligowym szczerze mówiąc nie byłem. Trzyma mnie restauracja, którą prowadzę już od prawie dwóch lat. Teraz może aż tak nie ma takiego ruchu, ale latem w sezonie, to zawsze biorę urlop w wakacje i siedzę w restauracji po 15 godzin dziennie. Wtedy nie gram w piłkę, aż mi tego brakuje, ale nie mam czasu.

Ale śledzisz wyniki?

Tak, stronę odwiedzam co drugi dzień. Cały czas śledzę co się dzieje w Drutex-Bytovii, aż moja żona czasami mówi, że już tyle lat tam nie gram, a dalej tylko ta Bytovia, Bytovia i Bytovia. Robię kawkę rano i przeglądam co tam słychać u „Czarnych Wilków”. To jednak zostaje w sercu. Tego się nie da tak zapomnieć, że się tam grało. Swoją cegiełkę też dołożyłem do historii tego klubu, może niewielką, ale jednak.

W 2015 roku grałeś w „Dobrym Meczu” razem z dawnymi kolegami z Drutex-Bytovii. Miło było wrócić do Bytowa?

Bardzo. Jak dostałem telefon, to byłem bardzo zszokowany, że pamiętają. Piękna sprawa. Mam koszulkę z tego meczu na pamiątkę. Bardzo miło wspominam ten mecz. Spotkałem się z kolegami. Pamiętam, że z „Oszmanem” znowu założyłem się o skrzynkę piwa i znowu przegrałem w karnych. Powiedziałem mu: dawaj 5 na 5 strzelę, ale nie strzeliłem i musiałem skrzynkę postawić. Mateusz powiedział: „ooo wrócił stary Kracha”, pośmialiśmy się jak nic.

W Drutex-Bytovii z twoich czasów do dzisiaj został właśnie tylko „Oszman”.

Tak, jak przyszedł w III lidze, tak jest do teraz. Do Bytowa trafił z Orła Trąbki Wielkie, jako młody chłopak po awansie do III ligi. Razem z Krystianem byliśmy już wtedy w Drutex-Bytovii. „Oszman” ma serce do gry, swoją walką i determinacja pokazał, że może bronić nawet w I lidze.

Oprócz tego, że grasz w piłkę i prowadzisz restaurację, to jesteś też strażnikiem więziennym w Czarnem. Jaka to jest praca?

Posłużę się tu przykładem. Mój dobry kumpel Krystian Stanios niedawno się tam zatrudnił. Zawsze śmiał się ze mnie i nie wierzył, że to taka trudna praca. Po roku całkowicie zmienił zdanie. To jest specyficzne zajęcie. Kto nie jest w tym środowisku, to dobrze nie oceni jak tam jest. Niektórzy mówią, że po 15 latach pracy, to co to za emeryt? Ale niektórzy nawet do tego czasu mogą nie dotrzymać. Tego nie da się opisać, musisz być w środku, żeby to ocenić. Ludzie z zewnątrz myślą, że pójdzie oddziałowy, otworzy kluczem kratę celi, wpuści i zamknie tam skazanego, ale tak to nie działa. Nie planuję robić kariery w więzieniu. Jeszcze trzy lata mi zostały do emerytury i chyba wtedy odejdę.

A jak tak dokładnie wygląda praca strażnika więziennego? Czym tam się zajmujesz?

Mam swój oddział z około setką skazanych, zajmuję się tam każdą pracą porządkową, wydawaniem śniadań, obiadów, doprowadzaniem do telefonu czy wychowawcy, na różne prace czy wypuszczaniem. Też nie mogę za dużo opowiadać, bo obowiązuje nas pewna tajemnica zawodowa. Zajmując się tym, trzeba być odpornym psychicznie. Skazańcy mają teraz coraz większe prawa. Mają sto tysięcy problemów, nie chcą być w celach z palącymi, dyktują diety, nie chcą jeść tego czy tamtego. Kiedyś tak nie było. Teraz jak więźniom się coś nie podoba, to od razu piszą skargi na oddziałowych, którzy potem są często karani przez dyrektorów. Wiem, że świat się zmienia, ale przecież do więzienia nie idziesz w nagrodę. Jak przychodzę do domu po dniówce na oddziale, to kąpię się i idę spać, jestem odcięty od świata, taki jestem zmęczony. Strażnik doprowadzający przy dobrych wiatrach może zrobić dziennie około 25 km, bo zakład w Czarnem jest duży, także nachodzi się trochę po dworze przy różnej pogodzie. Przechodzić 25 kilometrów w ciągu 12 godzin, to nie jest mało.

Trudno było łączyć treningi i mecze z pracą strażnika, gdy grałeś w Drutex-Bytovii?

Najgorzej było po nockach jechać na mecze. Nieraz wyjazdy były o 10 rano, to gdy przychodziłem z nocki, tylko się kąpałem i już leciałem na mecz. Organizmu się nie oszuka. Po nieprzespanej nocy, zawsze będziesz zmęczony. Naprawdę było ciężko. Fakt, że byłem wtedy młodszy. Teraz po nocce muszę się przespać ze 3 czy 4 godziny, a kiedyś nie spałem nic i jechałem na mecz. Na dłuższą metę, to jest zbyt męczące. Teraz wychodzi tych 12 lat pracy, zmiany, nocki i nieprzespane noce.

A jak to się stało, że zacząłeś pracować jako strażnik więzienny?

Kiedyś do zakładu karnego było bardzo trudno się dostać, ja dostałem się przez piłkę. Gdy zacząłem grać w Czarnych, mówili mi, że załatwią pracę i tak tam trafiłem. Teraz ludzie tak chętnie nie chcą już pracować w więzieniu. Wolą pójść pracować do jakiejś hurtowni na 8 godzin, poprzerzucać towar i mają tyle samo na wypłatę. Kiedyś, żeby się tam dostać, to musiałeś mieć niezłe plecy, a teraz to jest tak, że składasz dzisiaj podanie i jeszcze dzisiaj idziesz do pracy. Bardzo się to pozmieniało.

Piłka nożna była dla Ciebie odskocznią od pracy w więzieniu?

Tak, bardzo dużą. Czasami zaraz po dniówce umawiam się na orlik na 19. Zjeżdżam o 18:30, przebieram się i jadę pograć. Od razu człowiek zapomni o pracy. Jestem zmęczony, ale pogram.

Miałeś niedawno urodziny (6 listopada), czego Ci życzyć?

Przede wszystkim zdrówka. Ono jest najważniejsze. Nie ma co za dużo narzekać, bo zawsze w życiu może być gorzej. Poza tym mam co robić na piłkarskiej emeryturze. Mam dwie restauracje niedaleko Rzeczenicy. Życzyłbym sobie, aby one dobrze funkcjonowały i były dobrze wspominane przez gości. Chciałbym też dobrze bawić się przy ich prowadzeniu.

Więc tego Ci życzę oraz żebyś jeszcze kilka ładnych lat pograł w piłkę.

Dziękuję. Na pewno będę grał w oldbojach. Mamy mocną drużynę. Pokupowaliśmy sobie dresy i fajne plecaczki. Robimy prężną drużynę oldbojów, gdy jedziemy do Świdwina czy Włocławka, to nie wiedzą co to jest Rzeczenica, bo to jest mała wioseczka. A my lejemy silne drużyny i wygrywamy w turniejach. Jak jeździmy do Przodkowa, gdzie też zawsze jest mocno obsadzony turniej, to najczęściej zajmujemy miejsca na pudle. Nasz wójt jest z nas zadowolony, że jeździmy po takich turniejach i promujemy wieś. Dlatego oldbojów będę trzymał cały czas. Tak długo, jak będę mógł, to będę namawiał chłopaków, żeby bawić się nawet do pięćdziesiątki.

Fot. własne, „Informator dla kibiców Bytovii” nr 57 (8) z 19.06.2003 r.


Zapraszamy do zapoznania się z poprzednimi częściami cyklu „Znani niezapomniani”:

Odcinek 1: Piotr Łapigrowski
Odcinek 2: Roman Cech
Odcinek 3: Mariusz Kalamaszek

Krystian Błank
Krystian Błank
A u t o r
Zastępca redaktora naczelnego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *